|
trekker ma to do siebie, że co chwila mu się coś w mózgownicy rodzi. I nie raz się już przymierzał żeby te dzieci, a czasami poronienia, gdzieś uwieczniać, stąd jego notatniczek-kapowniczek . Być może nawet podzielić się ta akuszerką z innymi...
Ostatnie wpisy
Zakładki:
A) poziomki
B) poczytaj mi mamo
C) l'haute rayon
D) trekker is what trekker does
E) społeczności
F) miscellaneous
G) varia
![]()
|
poniedziałek, 28 marca 2011
poniedziałkowo
Jestem w domu, rozmawiam z rodzicami i oczywiście, jak to bywa, o coś się z nimi kłócę. Na przykład o to, że ojciec przebrał się za tego gościa z Boney M i biega po domu w zielonym dresie rodem z PolSportu. A kłócić się za bardzo nie moge, bo by jeszcze zauważyli, że za plecami chowam foliową torebkę z głową. Zaglądam i sprawdzam - tak, jest to definitywnie ludzka głowa. Z czerwonym jezykiem, żółtymi zębami i zielonymi ustami i resztkami białej jak śnieg skóry. I ma wyłupiaste oczy. Jak Pozbyć się głowy? Może zawinąć w worek na śmieci, obciążyć hantelkiem i wrzucić do Wisły? Sprytne! Chowam się w łazience, żeby dokładniej przyjżeć się problematycznej zawartości siatki... głowa jest podłużna, więc to chyba nie jest ludzka głowa. I do tego nie ma na niej śladu tkanek organicznych. Biały okazał się plastik, z plastiku wystają czarne zębatki i miedziane styki. Całośc się rozpada i stwierdzam, że to pies-zabawka. Reszte zębatek i styków zaczynam odgryzać czując w ustach trupio-plastikowo-metaliczny smak... Budzę się. Zapewne trzeba będzie użyć czerwonego hantelka 4kg, żeby nie wypłynęła... Jem śniadanie, kupuję fajki, idę na tramwaj. Pewnie trzeba by wyrzucić z mostu. Najlepiej Poniatowskeigo, bo Śląsko-dąbrowski jest podświetlony nawet w nocy od spodu... Poniedziałek. Pamiętajcie, dziatki, żeby nie oglądać ciurkiem: Ghost in the Shell, Ghost in the Shell 2: innocence, i rosyjskeigo "Война" i na dokładkę czytać w Polityce o antropologicznych badaniach na temat kultu czaszek.
wtorek, 19 października 2010
i nawet nikt nie zauważył błędu...
Otóż nie! Bo ponieważ: co 100 lat data przesuwa się o 124 dni, co nie jest wielokrotnością 7. Co więcej 124 = 2 x 2 x 31, czyli neistety NWW 124 i 7 to 124 x 7 (=868) ale to nie liczba lat, tylko liczba dni o które przesunie się data względem tygodnia. A ile to lat? No skoro o 124 dni przesuwa się w 100 lat, to o 868 przesunie siez 7x100 czyli 700 lat. Zatem te 823 jest jeszcze bardziej z dupy niż było. A zadań nadal nikt nie rozwiązał :(
poniedziałek, 18 października 2010
feng szułi
Abstrahując od tego czy istnieje możliwy do zweryfikowania związek przyczynowo-skutkowy między takimi zdarzeniami jak "nie wysłałem tego maila do 100 osób" a "i za karę moje nogi obrosły serkiem feta", bo jak podpowiada nam rozum, takiego związku po prostu nie ma, to czy ludzie wymyślający łańcuszki szczęścia mogliby zadać sobie minimum trudu, żeby przynajmniej to co DA SIĘ sprawdzić, trzymało się kupy? Otóż dostałem dziś w pracy następujący łańsuszek:
I zanim nawet zacząłem czytać dalej (choć po co?) jakież to plagi spadną na mnie jeżeli łańcuszka nie prześlę dalej (a spadną na pewno, bo jak bum cyk cyk, nie prześlę go dalej), to uderzyło mnie jedno: JAKIE 823 lata, do cholery? Zastanówmy się nad paroma faktami: Październik zawsze ma 31 dni. Jak łatwo zauważyć, patrząc na kalendarz, warunkiem wystarczającym i koniecznym żeby było w nim "5 pełnych weekendów" (5 piątków, 5 sobót i 5 niedziel) jest aby 1. października wypadał w piątek. Rok (bez lat przestępnych) ma 365 dni, czyli mieści się w nim 52 pełne tygodnie i 1 dzień. W roku przestępnym pełne 52 tygodnie i 2 dni. Zatem co roku dzień tygodnia przesuwa się o jeden dzień względem daty (a w lata przestępne, czyli co 4 lata, aż o dwa). Czyli: 1 paź 2010 - piątek 1 paź 2011 - sobota 1 paź 2012 - poniedziałek (rok przestępny) 1 paź 2013 - wtorek 1 paź 2014 - środa itd. Zatem w sumie co 4 lata data będzie przesunięta względem dni tygodnia o 5 dni. W sumie jest 7 dni w tygodniu - żeby cykl się zamknął, dzień tygodnia powinien się przesunąć względem daty o wielokrotność 7 dni. Łatwo więc policzyć (najmniejsza wspólna wielokrotność), że cykl się zamknie po 28 (4x7) latach i że w sumie będzie w tym cyklu 4 lata kiedy 1. października wypada w piątek (choć nie CO 4 lata! ani CO 7 lat, tylko odpowiednio co 6, 5, 6 i 11 lat :)) a data względem dnia tygodnia przesunie się w sumie o 35 dni. Następne takie październiki (bez patrzenia w kalendarz) są w latach: 2021, 2027, 2032, 2038 2049 itd. Więc jakie 823? Należy jeszcze pamiętać, że rok solarny ma (prawie) dokłanie 356,2425 dni, wiec co 100 lat wypada nam jeden rok przestępny (2000 nie był przestępny, 2100 też nie będzie). Zatem w każdych 100 latach "większego" cyklu lat przestępnych mieszczą się 3 pełne cykle 28-letnie i zostaje jeszcze 16 lat (100 - 3x28 = 100 - 84 = 16) w których jest 3 (a nie 4 - pamiętajcie, jeden rok przestępny w każdych 100 latach wypada) lata przestępne czyli w sumie w tej "reszcie z dzielenia" (wieku przez 28-letni cykl) data względem dnia tygodnia przesunie się jeszcze o 16+3 czyli 19 dni. Zatem w ciagu 100 lat data przesunie się o 3x 35 (na każdy z pełnych 28-letnich cykli) + 16 (na pozostałą z dzielenia resztę) + 3 (na 3 dodatkowe w tej reszcie lata przestępne) czyli o 124 dni. Co nie jest wielokrotnością 7 dni w tygodniu. Zatem żeby zamnkąć "większy" cykl bazujacy na 100-letnim cyklu lat przestęnych znowu musimy zrobić NWW ze 124 i 7 co da 868 lat. A nie 823. Ale w tych 823 latach, za wyjątkiem lat wokół pełnych setek, nadal się będzie powtarzał rytm "pełnych weekendów" co 6, 5, 6 i 11 lat. Zadanie domowe: co ile lat będzie taki specjalny październik w latach 2090-2110 ? Na szóstkę: Zadanie 2: ile razy w całym 868-letnim cyklu wystąpi luty, który ma 5 piątków? :>
środa, 29 września 2010
Radzia wybuchła!
Znaczy się dokładnie to palneła costam-cośtam w jakimstam-jakimśtam tygodniku (tu) o tym jak to szkoły katolickie mogą nie zatrudniać zadeklarowanych lesbijek, myśląc że i tak go nikt nie czyta. A tu się okazało, że "shit hit the fan", czyli że niefortunna wypowiedź trafiła w pazury i między zęby działaczy LGBT, który przecież Radzi nienawidzą ex definitio (senator Niesiołowski tu). A smród jaki się od tego przysłowiowego gówna rozlał po gazetach i portalach świadczy li tylko o tym, że Radzia ciężko pracuje (Radzia tu). Coś w tym jest - jak się ciężko pracuje, to, owszem, śmierdzi, ale raczej potem. Jak by tego było mało, to Radzia dodała koksu do pieca, tłumacząc się, że przecież tak jest w prawie samej przenajświętszej Łuni (m.in. Radzia tu). A jak jej jakiś pan Specjalista klarował, że jest w mylnym błędzie, bo przepisy łunijne stanowią jednak inaczej, to odparowała że przecież jest gejem, przy okazji tłumaczenia się, że jej odpowiedź była w trybie przypuszczającym (o tu) jak u Hitchcocka - zaczęło się od trzęsienia ziemi a potem napięcie stopniowo rosło: Kutz potępił (tu), Wikiński chciał zdymisjonować (tu), Schetyna zaczął bronić, kluby parlamentarne zaczęły protestować, ludzie demonstrować... chaos i anarchia! To może zacznijmy od początku i idźmy po kolei, w miarę możliwości odsiewając medialną kakofonię: Po pierwsze: Radzia zapytana:
odpowiedziała:
Co z deklarowanym w TVN trybem przypuszczającym ma niewiele wspólnego. Ale kto by tam od polityka wymagał spójności wypowiedzi. Po drugie: Outing, czy nie outing (ja tam p. Śmiszka nie znałem wcześniej w ogóle i mało on mnie obchodzi), to nie tu jest problem w polemice na falach TVN. Problem w tym, że jako osoba zajmująca się (niby) wspieraniem grup marginalizowanych, czyli takich, które m.in. nie mają wystarczającej reprezentacji w mainstramie, sama pozwala sobie je marginalizować, jako argument w dyskusji niby-merytorycznej powołując się na cechy danej osoby, przez które do dyskryminowanej grupy jest zaliczana. Trochę to wyszło, jakby chciała Śmiszkowi jego gejostwo wytknąć, bo skoro jest gejem i jest w sprawę osobiście zaangażowany, to niech się nie wypowiada za głośno. Węszą szanowni państwo tu pewien paradoks? Po trzecie: Paradoksów jest więcej i to dużo grubszych. W swoim oświadczeniu Radzia powołuje się na prawo polskie jak i europejskie. Zaznaczmy, że opracowana niedawno ustawa o równym traktowaniu jest jakoby reakcją na zalecenie (a nie prawo) co do równego traktowania osób LGBT. Dokładnie dokument nazywa się "Zalecenie CM/Rec(2010)5 Komitetu Ministrów [...] w zakresie środków zwalczania dyskryminacji opartej na orientacji seksualnej lub tożsamości płciowej". Zadałem sobie trud i przeczytałem prawie całe - o wyjątkach w stylu szkół katolickich nic nie znalazłem. Jest jeszcze objaśnienie do w/w zalecenia ("Memorandum wyjaśniające" CM(2010)4 add3 rev2). Jedyny fragment, o który IMHO można by oprzeć wywody Radzi jest w rozdziale V "Zatrudnienie" i brzmi następująco:
Piękne. Bo jak mniemam Radzia (tak jak nasi ustawodawcy, ale o tym za chwilę), z Memorandum wyczytała tyle, że dyskryminacja ze względu na orientację, jest możliwa jeżeli tylko orientacja jest "wymogiem zawodowym". Fragment o tym, że cel takiego rozróżnienia musi być uprawniony, wymóg do celu proporcjonalny a zasada niedyskryminacji nie zostanie złamana o ile samo rozróżnienie ma uzasadnienie obiektywne i racjonalne zostały skwapliwie przez nich pominięte. O tym czy cel szkoły katolickiej, która nie chce zatrudnić lesbijki jest uprawniony (jest tym celem, jak mniemam, nauczanie o tym, że geje są ułomni, a lesbijki, jak wiadomo, nie istnieją), czy wymóg jest proporcjonalny (czy jeżeli będzie ta domniemana lesbijka nauczała w katolickiej szkole np. geografii, to też lesbijką być nie może? Pewnie nie, bo by jeszcze nauczyła, że ziemia nie jest płaska albo że Kolumb była kobietą). I przede wszystkim czy rozróżnienie ma racjonalne i obiektywne uzasadnienie? (- nie możemy zatrudnić lesbijki? -dlaczego? -Ponieważ zgodnie z naszą wiarą homo są ułomni, a ona mogłaby wpajać uczniom że jest inaczej. - A dlaczego wierzycie, że homo są ułomni? - Bo tak nam powiedział 13 wieków temu nasz niewidoczny przyjaciel) Po czwarte: Ech... ale po cóż mam się uciekać do taniego antyklerykalnego sarkazmu. Wystarczy, że poczytamy wzmiankowane Memorandum dalej. Jest tam rozdział (werble) VI. "Edukacja", gdzie czytamy między innymi:
Konia z rzędem temu, kto mi wymyśli jak według powyższych wytycznych miałaby działać szkoła, która jednocześnie nie zatrudnia nauczycielki lesbijki, ponieważ jest to sprzeczne z tej szkoły wartościami. O ile jest oczywiście państwowa, bo jak czytamy w tym samym rozdziale:
Sposób widzę jeden, taki sam jak Ray zapodał na FB: państwowe szkoły mają dość jasno określone wytyczne, a katolickie szkoły powinny być prywatne i wtedy niech sobie tam uczą czego chcą (w ramach, mam nadzieję, jednak pewnego minimum programowego) i jak ktoś chce swoje dziecko do takiej szkoły posłać i za to zapłacić, to proszę bardzo. Problem tylko w tym, że u nas państwowe szkoły do powyższych zaleceń od lat się nie stosują (no bo niby na JAKIM wychowaniu seksualnym mieli by uczyć o LGBTQ?). A szkoły katolickie nie są całkowicie prywatne, tylko często-gęsto są utrzymywane z kasy państwowej. Po piąte: Tu dochodzimy wreszcie do tego jak te światłe zalecenia przełożono na polskie prawo. Otóż stosowny lesbijsko-szkolny zapis w przedmiotowej ustawie brzmi następująco:
W przytoczonym fragmencie zastanawia mnie kilka rzeczy. Przede wszystkim, jak łatwo na pierwszy rzut oka zauważyć, mowa w nim o ograniczeniu stosowania ustawy, jeżeli warunkiem zatrudnienia przez kościół lub inny związek wyznaniowy jest wyznanie lub światopogląd kandydata. W pytaniu w Gościu Niedzielnym była mowa o zadeklarowanej lesbijce (niech mi ktoś wreszcie wytłumaczy do jakiego urzędu i na jakim formularzu zgłasza się deklaracje bycia lesbijką), której szkoła katolicka odmawia pracy ze względu na jej preferencje. Pal sześć, że orientacja psychoseksualna to nie rzecz nabyta ani kwestia wyboru. Niech i będzie, że to preferencja. Czy zatem jeżeli preferuję chłopców, to jest to mój światopogląd? A jak wolę zielone śmiejżelki od czerwonych, to jest to moje wyznanie?Czekaj... wróć... pamiętajmy o kościele Latającego Potwora Spaghetti! Po drugie zostaje jeszcze kwestia proporcjonalności i zgodności z prawem samego rozróżnienia, które w przypadku odmowy zatrudniania nauczycieli homo stoją, moim zdaniem, co klarowałem wcześniej, pod wielkim znakiem zapytania. Podsumowując, wygląda to dla mnie tak: mamy dość ogólne zalecenie łunijne, nagiętą na potrzeby mitycznego "kompromisu" z KRK realizującą je ustawę i pełnomocniczkę ds. równego traktowania, która tych "subtelnych zmian akcentów nie dostrzega i dostrzegać nie chce oraz szkoły państwowe zaleceń łunijnych w ogóle nie stosujące i szkoły katolickie, które w świetle prawa (a jeszcze bardziej w świetle praktyki, jak i cały kościół, ale to mógłby być temat na oddzielną notkę) są uprzywilejowane i to jeszcze zapewne za pieniądze podatników. Kraj raj!
Z tym rozumieniem zapisów i przepisów to trochę jak w tym kawale z cyklu o Radiu Erewań: - Czy to prawda, że Sasza Iwanowicz wygrał w teleturnieju mercedesa? - Nie mercedesa tylko rower, nie w teleturnieju, tylko na placu czerwonym i nie wygrał, tylko mu ukradli. Czy jakoś tak.
piątek, 17 września 2010
Rozmowy z rodzicami - odcinek 1056
Mamut ostatnio pojechała z ojcem do Krynicy Górskiej. Znaczy się Ociec pojechał na jakąś konferencję - jedną z tych co to mi się wydaje, że Ciągle są o tym samym, bo co czytam/tłumaczę abstrakt jego pracy to jest o "nierozłącznym połączeniu tuleja-wał", "drganiach własnych układu", "akutatorach piezoelektryczncyh" i metodzie "Bogubilowa-Kirłowa-Mitropolskiego". A Mamut pojechała dla towarzystwa i na małe wywczasy. Pojechali i wrócili. Spotykamy się przy pierwszej okazji i wywiązuje się taka oto rozmowa:
Ser zostaje sprezentowany i zabieram się za czytanie etykiety. A tam:
Owczy, kozi - jeden grzyb - i tak miło.
Fiu-fiu! To ja prosty człowiek nie wiedział, że na obszarach N2k można owce wypasać. Ale nic to - czytam dalej.
I prawie z krzesła spadłem. Z prostego rachunku matematycznego wynikało, że dostałem ser za około 100PLN za kilogram! O_o Więc zszokowany tak wybajerzonym artykułem spożywczym w roli suweniru, mówię:
Z czego ostatnie zdanie rodzicielka wypowiedziała z miną ni to troski - o moje finanse, ni to przerażenia - niechybnie czekającym mnie z niedożywienia szkorbutem, ni to nadziei. Szczególnie jednak chyba nadziei, bo skoro mi jednak nie starcza na jedzenie, to zapewne niedługo zrezygnuję z tego niedorzecznego pomysłu żeby mieszkać na swoim i wrócę do ciepła domowego ogniska. "Dobra zupka, pomidorowa, taka jaką lubisz zrobiłam..." subtelności
Dziś pobawię się trochę w adwokata diabła i, tak jak zazwyczaj teorii queer w wydaniu akademickim unikam i specjalistą nie jestem, tak użyję jednego z bardziej mglistych dla mnie pojęć: "opresyjność" języka. W jednym z artykułów na kobieta.wp.pl (który do mnie trafił za pomocą mojej ulubionej listy mailingowej) czytamy o biseksualistach:
I niby wszystko się zgadza, a cała reszta artykułu traktuje o tym jak to biseksualiści są biedni bo "Nie mają swoich gazet, ani klubów, ich życie towarzyskie przenosi się do Internetu." i w ogóle nierozumiani i napiętnowani - co niewatpliwie jest prawdą. Tylko że proszę zwrócić uwagę na subtelny dobór słów w pierwszym akapicie:
Czyli niby nic, ale znowu udało się (nieświadomie?) przemycić stereotyp o tym jak to homo mają w głowie (tylko) seks, a związki i relacje partnerskie to potrafią (tylko) hetero. Brawo bis :/
poniedziałek, 09 sierpnia 2010
ja jebie
Jak PT Stali Czytelnicy tego bloga doskonale wiedzą, nalepiej mi się pisze na wkurwie. Tak więc, jako, że moje życie ostatnio pachnie fiołkami i ma kolor bergamotek, mało było pisania. Ale dziś to już pęknę. O godzinie 22.15 czasu środkowoeuropejskiego, niepomiernie wkurwiony chrobotaniem ze ścian (przeliczyłem: trutka kupiona w połowie kwietnia miała chronić i bronić przez trzy miechy - czyli skończyło się babci sranie i znowu jestem skazany na chitynowych towarzyszy niedoli) postanowiłem ostatecznie rozwiązać kwestię karaluszą. Jak pomyślałem - tak zrobiłem. Wydobyłem z przepastnej szafy kupioną za wczasu piankę montażową i przystąpiłem do zaklejania dziur w ścianie pod zlewem - głównych dróg inwazji moich ćwierkających na krzywy ryj współlokatorów. I chuj by to wszystko strzelił! Znaczy nie chuj, tylko dyszka. Strzeliła. I wszystko zamiast rureczką elegancko pójśc w dziurwę w ścianie, poszło mi po łapach. Ostatnie pół godziny spędziłem w łazience szorując się (z braku zalecanego przez producenta do takich operacji acetonu) na zmianę: benzyną lakową, ręcznikiem frotte i wodą po goleniu Dior Higher Energy (i tak jej nie używam, bo się nie golę, a zawsze to jakiś alkohol, czyli jak wiemy z lekcji chemii, dobry rozpuszczalnik). Teraz z wkurwem na 110 siedzę i palę fajka, modląc się żeby wypełniająca moje (i ich!) gniazdko mieszanka Eau de Benzine du Dior nie pierdolneła fajerwerkiem. Na szczęście przynajmniej już mi się paluchy nie kleją do klawiatury, więc mogę posta skrobnąc na tę okazję. kurwać! Przynajmniej sie sk**wiele uciszyły. :[
piątek, 02 lipca 2010
mój ulubiony newsletter
dlaczego jeszcze się nie wypisałem z subskrypcji newslettera gaylife.pl? Ponieważ jest niepoprawnie przekomiczny.
dowód rzeczowy 1: temat newslettera: "ZLOT, IMIENINY W RASKO I ŚMIERĆ MOJEGO CHŁOPAKA" pierwsza linijka treści: "ZLOT GAYLIFE W NAJBLIŻSZĄ SOBOTĘ 3 LIPCA - Rozbiera się Rafał" mydło i powidło dowód rzeczowy 2: wyimek z innej edycji: "O to jak zmieni się Polska, albo w którym kierunku zacznie zmierzać, po wyborze Bronisława Komorowskiego lub Jarosława Kaczyńskiego portal Onet.pl postanowił zapytać ekspertów. W sprawach LGBT Onet zapytał Jacka Adlera - redaktora naczelnego naszego portalu" XD
poniedziałek, 21 czerwca 2010
złota myśl dnia
Tak to się dzieje, jak człowiek ma za dużo czasu na myślenie i opije się Coli Light, ze mu głupoty przychodza do głowy. Dzisiejszą głupotę zainsporował następujący cytat z homiki.pl:
I od razu (ok, nie od razu, moze po paru głebszych łykach Coli Light) skojarzyło mi się to z nastepującym fatkem naukowym:
W skrócie, biseksualizm dla większosci ludzi jest tak samo niezrozumiały jak dualizm korpuskularno-falowy w fizyce. Ten ostatni objawia się tym, że każda cząstka, choć dualna w naturze, w danym eksperymencie objawia się nam raz jako fala a raz jako korpuskuła. Tak samo osoby bi, w danym zwiazku są związane albo z facetem albo z kobietą. I to własnie nie wchodzi do głwoy za równo heterykom jak i większości homików. A szkoda. Może ta zgrabna (?) analogia pomoże skumać o co cho przynajmniej fizykom ;) Idąc dalej tym tropem można by się pokusić o wyniuchanie w tej analogii do dualizmu k/f śladów genderowej "zasady nieoznaczoności Heisenberga". Jak wiadomo (znaczy kto wie, ten wie) zasada ta w fizyce mówi o tym, że nie pewnych wielkości fizycznych nie można jednocześnie wyznaczyć z dowolną dokałdnością. Na przykład im lepiej zmierzymy pęd, tym mniej wiemy o położeniu. W skrócie (i nieco ezoterycznie dla niefizyków): iloczyn pewnych wielkości (tu: dokładności pomiaru dwóch wielkości sprzężonych kanonicznie - pędu i połozenia) nie moze być większy niż pewna stała. A teraz wróćmy do BI. Jak już wiemy, w danym związku obserwujemy ich stronę homo lub hetero. Raczej nie obie na raz. Ale moglibyśmy próbować szacować na podstawie takiej jednostkowej obserwacji np. na ile ktoś jest w danej roli szczesliwy, tudzież na ile jest skłonny zaryzykować i sprawdzić czy z inną płciąnie byłoby mu lepiej. I znowu: obu wartosci raczej nie poznamy z dowolnądokąłdnością, bo albo komuś tu i teraz dobrze i nei w głowie mu przygody i odskocznie, albo też szczesliwy jest jako-tako a przy tym nie boi się zaryzykować przejść na drugą stronę mocy :> Dlatego niniejszym postuluję i poddaję pod dyskusję emocjonalną zasadę nieoznaczoności: istnieją jakości w życiu człowieka (emocje, wartości, możliwości) których nie można doświadczyć jednocześnie w dowolnie dużym stopniu. Na powyższym przykładzie: przywiązanie do drugiej osoby i odkrywanie pełni swojej orientacji psychoseksualnej. Albo z innej beczki, co pięknie kiedyś argumentował p. Żakowski w Polityce: albo wolność (polityczna, obyczajowa, ekonomiczna) albo bezpieczeństwo. Przykłady możnaby mnożyć, ale jak je zebrać w jeden wzór? Przecież u Heisenberga, czy pęd-położenie, czy czas-energia, zawsze wszystko sprowadzało się do działania. Kombinując dalej (tu już rozdźwięk miedzy modelem a rzeczywistością aż trzeszczy, ale ciągnę moją poetycką metaforę dalej) trzeba by znaleść taki "emocjonalny" odpowiednik działania (a potem jego stałą ha-kreslone), której nikt nie może przekroczyć. Proponuję: szczęście. podsumowując, zasada nieoznaczoności emocjonalnej brzmiałaby: Iloczyn szczęścia jakie człowiek może osiągnać dążąc do realizacji wartości sprzężonych ze sobą jest ograniczony. Dzięuję za uwagę - juz przestaję bredzić. P.s. tego posta dudlałem na raty prez trzy dni, więc sorry, jeżeli brzmi niespójnie.
poniedziałek, 07 czerwca 2010
jak się zrobiło romantycznie
romantycznie, nie ze względu na sugestywny tytuł wystawy "Ars Homo Erotica" tylko ze wzgledu na martyrologię aż wylewajacą się z niektórych postów. O tym, że Geje i Lesbijki Reczypospolitej najbardziej to lubią narzekać jak im źle i niedobrze ale nie koniecznie cokolwiek robić, żeby było lepiej to pisałem i ja i inni juz nie raz i nie dwa. Ostatnio na przykład Abiekt, w kontekście zaproszenia wystosowanego prez p. Radizszewska do organizacji LGBT tu i tu. Rejtan, Konrad, Gustawi i wszyscy inni razem wzięci. Żal. Wojtek zajmuje sie sprawami większymi i powazniejszymi, ja za to namierzyłem dziś inną perełkę. Portal homiki via jego profil na Facebooku, puścił w świat takiego oto linka:
I opatrzył komentarzem:
Na co oczywiscie fani i czytelnicy portalu żywiołowo zareagowali, a ich komentarze mogłyby sugerować że opcja "nie mówią nam wsystkeigo - na pewno u źródła żądania dymisji leży wystawa Ars Homo Erotica" (ew. "chcą go usunąć, żeby zablokować wystawę"). I mnie strzeliło, bo znowu mamy tu naszą piękną romantyczną tradycję martyrologii i bycia Chrystusem Narodów (Mniejszości?) w pełnym rozkwicie. Bo oczywiscie jeżeli w MN oprócz dziesiątków (setek?) innych wystaw i projektów jest organizowana wystawa z pedalskimi i lesbijskimi malunkami to jak 2 plus 2 jest 4, jak akurat odwołują (a nie odwołują, bo na razie tylko poszedł list od związków zawodowych z apelem o dymisję) dyrektora, to na pewno właśnie dlatego. W samym artykule natomiast jak wół przy miedzy stoi:
Ale nic to, my wiemy swoje - Gazeta Wyborcza, jak powszechnie wiadomo, kontrowersji związanych z homikami tropić nie lubi i na jej łamach dyrektor musiał ukrywać swoją prawdziwą ocenę sytuacji. A poza tym oczywistą oczywistością jest, iż projekt tak błahy jak wystawa, którą sie organizuje od paru miesięcy, która ma swój budżet (jak mniemam dawno już zaakceptowany i co więcej w wiekszości wydany) i własnego kuratora, jest arcypodatny na zawirowania kadrowe na szczycie. I jak w czwartek zbierze się rada powiernicza muzeum to rach-ciach odwołają dyrektora, w nocy z czwartku na piątek powołają nowego, a ten w piatek rano z hukiem odwoła wystawę w samym dniu otwarcia. Tak, to bardzo prawdopodobne. Jednym słowem takie nasze małę homicze "Niemcy mnie biją!" :/ |
||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||