skontatkuj sie z naszym konsultantem
adopt your own virtual pet!

GlitterMaker.nl

środa, 13 czerwca 2012
Niepełnosprytne zakupy.

Może to ja, a może jednak Ikea nie wszystko ma tak tip-top przemyślane i wysprytnione jak się to reklamuje.

Historia jest taka: jajko (typo, but it stays) że się byliśmy wprowadziliśmy do nowego mieszkanka, które po wielu trudach i znojach wreszcie zostało wyremontowane (to temat na oddzielną notkę), to wreszcie możemy zacząć realnie myśleć nad meblami i innymi pierdółkami, których potrzebujemy. Najszybciej, o dziwo, poszło z łazienką. Gdyby dało się udowodnić, że najprędzej kończy się urządzać to pomieszczenie, które jest najbardziej potrzebne, to z nas są prawdziwe czyścioszki. Kuchnia też jest z grubsza ogarnięta (wymyślona). Duży pokój w rozsypce, a sypialnia na ukończeniu.

I między dużym pokojem a sypialnią rozgrywa się teraz największy dramat. Ponieważ cierpimy na bolesny niedostatek szaf, komód i wszelkiego rodzaju miejsc do składowania wszelkiego rodzaju rzeczy, a sypialnia po wstawieniu łózka jest do tego celu za mała, wszystko - od skarpetek po talerze - zalega w różnej maści torbach, walizkach, siatkach i reklamówkach w salonie. Jednym z barwniejszych przykładów jest chyba antena do TV postawiona na kartonie po TV i wsparta wiadrem od mopa. Wszystko dlatego, że musi być zwrócona w stronę Raszyna i na wysokości okna, a tym czasem na parapetach i pod oknem stoi rower i leżą klucze francuskie i śrubokręty. W skrócie: stajnia Augiasza i Wieża Babel w jednym.

Z powodów jak powyżej zostało zatem ustalone że absolutnie najpilniejszym zakupem jest szafa, którą by można wstawić do wnęki w sypialni i tam zacząć składować gabaryty. Jako się rzekło, tako się weszło na stronę naszej (b)ólubionej szwedzkiej marki i się zaczęło planować szafę w modułowym - a jakże - systemie Pax. Z planowaniem poszło gładko, bo, jak wiadomo, "w powerpoincie każdy system działa idealnie". Gorzej z wyprawą do sklepu - bardziej to był k-pax niż pax.

Z przyczyn obiektywnych (Benio zaniemógł) do Ikei w Jankach pojechałem sam. A dokładnie to podrzuciła mnie koleżanka. Po pracy. Wczoraj - w dzień meczu. Pomysł niby szalony, ale miał jedną zasadniczą zaletę - na drogach i w sklepach było pusto. Tak oto uzbrojony w:
- listę zakupów przygotowaną przez planner ze stron Ikei, co by już każdej półeczki nie szukać po magazynie.
- mapkę sklepu, co by wiedzieć gdzie szukać jak by się jednak okazało że szukać trzeba
- ołóweczek, co by notować wszelkie poprawki do mojego genialnego master-planu szafy
- karteczkę, co by mieć na czym notować przedmiotowe poprawki
wkroczyłem w labirynt nordyckiego dizajnu pełnego -yeisk'ów i -agrkd'ów. Dzięki quest item 2 przesprintowłem przez biurka, kuchnie, gotowanie, klopsiki i hotdogi żeby rachu-ciachu znaleźć się na progu Magazynsk Samoobsługkard. I tu pierwsze zaskoczenie: wózki w magazynie mają max. obciążenie 130 kg. Co nie stanowiło by najmniejszego problemu (ja nimi jechał nie będę, ino moja szafa) gdyby nie to, że grand total masy mojego PAX'a wynosił, zgodnie ze sporządzoną w necie listą, niebagatelne 220 kg. Wtopa. Pora szukać planu awaryjnego.

Ten uroczo zaproponowała mi wspomniana mapka, która na odwrocie miała listę usług dodatkowych, w tym "pomoc w zakupach" - czyli, że jak poproszę (i uiszczę tzw. "niewielką opłatę" - kpina) to całość zamówienia umyślny skompletuje za mnie, bez konieczności    brudzenia i trudzenia moich śnieżnobiałych nieskalanych pracą fizyczną yntelygenckich rączek. O! - pomyślałem - światełko w tunelu. To ja poproszę szczegóły.

"O szczegóły pytaj w punkcie Usług Przewozowych i Montażowych w punkcie Obsługi Klienta za linią kas."

No w te pędy ominąłem TOTALNIE PUSTĄ linię kas i popędziłem do Punktu. Klik, numerek, q-matic, kanapcia i już po 5 minutach pytam i tłumaczę paszczowo i na migi, że proszę bardzo, oto moja list i że będąc w pełni sł umysłowych ja się zgadzam na "niewielką" opłatę i że poproszę mnie te ponad dwa kwintale szafy skompletować i dowieźć.

http://www.youtube.com/watch?v=WOdjCb4LwQY

Czemu? "Bo, ja nie wiem, musi pan mieć listę (przecież mam!), z talonem... (na balon?) ...przyjść... proszę najlepiej porozmawiać z koleżankami obok" - tu następuje ruch ręką w stronę sąsiednich kontuarków. No więc karnie pochyliłem głowę przed Behemotem przyjaznych klientowi procedur. Klik, wziąłem numerek, q-matic... czekam. A że q-matic nie ma opcji "zamówienia" a jedynie (oprócz spalonego na wstępie montażu i transportu) faktury i reklamacje to czekam nie 5 a 10 albo i dłużej minut, bo wiadomo jak to jest z reklamacjami.

Doczekawszy się od zera zaczynam oralno-migowe tłumaczenie z polskiego na nasze że lista, że komplet, że ja kupić, ja płacić i czy mnie tu dobrze pokierowano...

http://www.youtube.com/watch?v=WOdjCb4LwQY

I nie dość tego nie ma wyjaśnienia jak i co i gdzie dalej iść. Bo znowu "że talon" i "że muszę mieć listę". Toć mam! "No ale że ona musi być skompletowana i opłacona" Jak skompletowana skoro ja chcę zamówić jej kompletowanie? "No... to ja koleżankę spytam" Poprosiłbym uprzejmie.

Dzięki koleżance wreszcie się wyjaśniło że przyjazna z pozoru (a de facto zdradziecka niczym brzoza o świcie) ulotka źle mnie pokierowała, bo przyjazna klientom procedura wygląda tak, że należy iść NAJPIERW do Sprzedawcy. Kogo? "Sprzedawcy." Patrzę znacząco na linię kas. "Nie. Do sprzedawcy. No wie Pan, na dział." Patrzę znacząco jednym okiem na Koleżankę, drugim nadal na linię kas. "No że tam do szaf. Tam Panu wystawią listę, którą Pan opłaci w Kasie i dostanie Talon i przyjdzie do Montażu i Transportu" I jak im dam tę listę od Sprzedawcy i ten talon i uiszczę "niewielką" opłatę to mi to skompletują całe i przywiozą gdzie im powiem? "tak" TAK! "Bo wie Pan, to musz oni, bo jak by co to zobaczą czy nic na liście nie brakuje" Co ma brakować? Przecież Wasz planner w necie... (ale zaraz, a wasza ulotka twiedziła że ..., a tymczasem...). OK, idę.

Idę. Z powrotem przez biurka, kuchnie, gotowanie, klopsiki i hotdogi (nie hotdogi, klopsiki, gotowanie, kuchnie i biurka, bo linia kas jest jak przecież diodą na ludzi - przepuszcza tylko w jedną stronę). Do działu szafy. A tam znowu moje nemesis - q-matic. Na szczęście tylko z jedną opcją "pomoc w zakupie szafy". Na nieszczęście z zerową obsadą stanowiska d/s pomocy w zakupie szafy. Po kilku pętlach wokół każdej z demo szaf udało mi się wykukać w zakamarku którejś z nich karteczkę że szafy są przeniesione do łóżek za co oczywiście przyjazna klientom obsługa serdecznie przeprasza. No to lu do łóżek (obczajonym przy drugim przebiegu skrótem przez jadalnię i kuchnię). A tam aż DWÓCH sprzedawców. O rajuśku! I kumają o czym do nich mówię. I ja im pokazuję moją listę a oni klikają w komputerze, który coś robi. A potem drukują mi listę - identiko jak ta moja, tyle że z innym nagłówkiem. Nie pytam o sens operacji - ważne że mam pierwszy artefakt. Teraz tylko śmignąć przez pustą linię kas, zapłacić, dostać talon i quest zakończony!

Biorę listę i lecę (skrótem przez tekstylia do sypialni i Magazynsk) do kas. Które - a jakże by inaczej - są pełne ludu który akurat po złości musiał teraz wyleźć z zakamarków Magazynska i Systemów Regałowych z wózkami pełnymi rattanu i i innego badziewia. W każdej kasie po 5 wózków, każdy na oko po 129 kg rattanu oraz PCV, MDF i innych skrótów. Mać! Stoję... Dostawszy (?) i opłaciwszy (moje grzechy) mogę wreszcie pójść po raz czwarty w przeciągu mojej wizyty do q-matica, pobrać (niczym kroplę święconej wody) kwitek i poczekać na kanapie-ławie na zbawienie. Biorę kwitek (Iesus Krystus Ekonomicznego Ambientu) i modlę się.

*DING* E836...

*DING* E837... ...

*DING* E838... ... ...

Zacięło się?! Zepsuło! Mija kwadrans, przy kontuarkach psuto, a oni nie wołają kolejnych Klientów! - myślę i niewzruszony siedzę i czekam. Inna Pani nie myśli ale za to głośno mówi. Że to skandal że ona czeka a oni papiery porządkują. Ja milczę i myślę a niech porządkują. Jeszcze im się poplączą i moje Paxy pojadą na Pragę a ja dostanę czyjeś Baardsky czy innego czorta. Ja myślę, a Pani dalej mówi że kierownik i że może wreszcie. Odmienia skandal przez wszystkie przypadki i - zgodnie z logiką kolejek - wciąga postronnych na listę świadków. "A "Pan też do Transportu czeka?" Tak. "A długo? Który numerek?"

*DING* E840

Alleluja! Biją na sumę! Idę. Nowa lista i talon, jak to artefakty w zwyczaju mają, działają cuda. Wszystko jest jasne. Tu proszę podpisać, tu proszę kartę, tu PIN, proszę, dziękuję. Gotowe. Koniec gehenny i mogę jechać do domu. Autobusem.

To ja poproszę, wie Pan, taki bilet tylko na drugą strefę. Bo wie Pan, na pierwszą mam miesięczny. "Ja nie mogę. Takich nie ma. To znaczy mogę sprzedać po prostu na pierwszą, ale wtedy kasownik Panu nie skasuje. No albo mogę dwustrefowy, ale to w sumie podwójnie Pan zapłaci..."

Kurtyna!

19:51, trekski
Link Komentarze (4) »
czwartek, 17 maja 2012
"Chemy, żeby w Polsce było ładniej"

Na wstępie krótkie zastrzeżenie: nie jestem specem od architektury i, jak smerf maruda, "nie cierpię nie cierpieć", nie mniej jednak...

W ostatnim numerze Polityki redakcja ogłosiła bardzo zacną akcję, a mianowicie inaugurowała pierwszą edycję* Nagrody Architektonicznej. Można się było tego spodziewać, gdyż nie jest to pierwsza nagroda przyznawana prze Politykę a temat dobrej architektury w Polsce (a raczej jej permanentnego braku) wyraźnie leży redakcji na sercu, gdyż można o nim było przeczytać w Polityce już nie raz. Nic, tylko bić brawo.

Nie dość tego, całość zorganizowano w duchu partycypacji i uwrażliwiania społeczeństwa - redakcja Polityki zachęca aby równolegle do kapituły wypowiadali się też czytelnicy:

Niezależnie od ustaleń Jury, zapraszamy także naszych Czytelników do wyrażenia własnej opinii**

No to już w ogóle wypas. I może byłbym zagłosował, a może nie - bo w sumie aż tak mi nie zależy na wygraniu lifetime supply kleju do glazury (jak mniemam - skoro nagrodę funduje Atlas) ale nie mniej jednak od niechcenia przejrzałem listę nominacji... i mi się nagle zachciało wypowiedzieć, tyle że na "nie".

Otóż jedną z nominacji dostał "VitkAc" (a.k.a Wolf Bracka) który całkiem niedawno postawiono w centrum Warszawy.

Wygląda to-to tak:

VitkAc (zdjęcie pochodzi z natemat.pl)

Czyli z półprofilu i w obiektywie typu "rybie oko" jako-tako po japońsku. En face - IMHO - zdecydowanie bardziej funeralnie.

Nie sposób nie zgodzić się z opisem nominacji:

"Niektórych niepokoi monolityczna, opływowa czarna bryła. Inni nie mogą zapomnieć, że został wzniesiony kosztem jednej z ikon Warszawy"

To oczywiście ocena subiektywna. Moją największą wątpliwość jednak budzi kwestia tego jak nominacja dla Vitkaca wpisuje się w ogólne przesłanie Konkursu. Sądząc po wstępie do artykułu ogłaszającego konkurs można by mniemać że promowane bedą projekty raczej wkomponowujące się w otoczenie, niż z nim walczące. Raczej otwarte na lokalną społeczność, niż się od niej odgradzające. Raczej dbające o zastane otoczenie, niż je niszczące.

Mamy nadzieję, że Nagroda Architektoniczna POLITYKI - wzorem przyznawanych już od prawie dwóch dekad Paszportów POLITYKI - zyska sobie ważne miejsce w społecznej świadomości. A poprzez pokazywanie i promowanie realizacji stanowiących symbol dobrego smaku, przyjaznych ludziom i w oczywisty sposób poprawiających estetykę otoczenia  przyczyni się do poprawy jakości przestrzeni publicznej w Polsce.  

W podobnym klimacie utrzymane są uzasadneinia nominacji dla pozostałych kandydatur:

Wzorcowy przykład szacunku dla urbanistycznego kontekstu miejsca.

[o "Thespian" – budynku usługowo-apartamentowym we Wrocławiu]

Jedno z nielicznych nowych osiedli przeciwstawiających się dotychczasowym trendom, mówiącym, iż płot i zamknięcie na otoczenie tworzy jakość i prestiż

[o "19 Dzielnicy" – koncepcji zabudowy fragmentu dzielnicy Wola w Warszawie]

 Zaprojektowany z lokalnych materiałów (drewno), idealnie wtapiający się w krajobraz nadrzecznej skarpy i pomyślany tak, by mogli go postawić lokalni budowlańcy.

[o Kościele w Tarnowie nad Wisłą]

Tymczasem VitKac mocno odstaje od takiego towarzystwa. Należy pamiętać, że inwestor miał już problemy podczas budowy, kiedy to w dziwnych okolicznościach zaczął obumierać dąb sąsiadujący z budową, który - ot przypadek - nie pasował do wizji artystycznej.

Oprócz ewidentnych dowodów wandalizmu dyskwalifikujący jest, moim zdaniem, inny fakt. Od storny - a jakże - biedniejszego w wystroju budynku mieszkalnego budynek odgrodził się prawie litą granitową elewacją. Brawo za budynek "przyjazny ludziom". Owacja za stojąco za estetykę - na pewno mieszkańcy są zachwyceni widokiem z okna: ściana czarnego jak smoła kamienia 10 mentrów za oknem. Aż chce się żyć!

Nie wymagam, żeby mające na siebie zarabiać domy handlowe, w których lokowane mają być butiki najbardziej ekskluzywnych marek od razu były budowane z drewna przez górali. Tudzież że w poszanowaniu okolicy posuniemy się do wiernego odtworzenia elewacji z popeerelowskich blokowisk. Nie mniej jednak wszystko ma swoje granice i uważam, że realizacja Wolf Immobilien przy Brackiej zamiast być innowacyjna, jest po prostu impertynencka (sic!) i nie powinna być nominowana.

Z resztą... chodzą słuchy, że właściciel tak bardzo grał kartą "ekskluziff" że wszyscy się boją tam chodzić na zakupy, bo ponoć nawet tym bogatym wydaje się, że są za biedni. Nic dziwnego, skoro Vitkac przypomina trumnę alibo jakiś statek kosmiczny (moim zdaniem to pojazd Nawigatora z Diuny) i otoczenie ma w głębokim poważaniu.

Nawigator Gildii

P.S.

* Do specjalistów: czy można "inaugurować pierwszą edycję"?

17:05, trekski
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 06 lutego 2012
z okazji zmiany prefisku

Stało się! Ale po kolei. 

Gdyby nie to, że w nieustającej debacie toczącej się w moim miejscu pracy koleżeństwo podzieliło się pół na pół, to ten post można by gładko zacząć jednym zdaniem. Jedni twierdzą, że wyglądam jak hipster (co za potwarz) a inni, że po prostu niechlujnie (guilty as charged).

Gdyby to pierwsze było prawdą, to bym mógł z czystym sumieniem napisać że ostatnio miewam migreny. Ale że konsensus nie został osiągnięty, to aby zostać po moralnie bezpieczniejszej stronie, napiszę że po prostu czasami mnie epicko łeb napierdala.

 Na czym polega epickość napierdalającym łbie, zapytanie. Otóż od epickiego napierdalania człowiek wcale nie dostaje drgawek, jak by się mogło niektórym wydawać. Zamiast tego człowiek sam już nie wie czy bardziej go głowa boli jak się wyprostuje jak struna czy też jednak jak się skuli w pozycji embrionalnej. W efekcie przełącza się w miarę gwałtownie między oboma stanami. 

Fajnie, nie? No. Więc postanowiłem sprawę zbadać. Bo choć epicki napad migreny zdarzył się jak na razie raz, to ja bym bardzo nie chciał żeby się powtarzał. Mam już za sobą: EEG RTG, TK, USG… i jak na razie żadnych wniosków. Za to mnóstwo ubawu. 

Zacznijmy od tego, że Pani neurolog, która sprawę prowadzi, ma IMHO lekkie objawy Parkinsona. Nic nie ujmując jej kompetencjom i kwalifikacjom, trudno jednak czuć komfort gdy konsultacje w sprawie epickiego napierdalania łba prowadzi pani która kiwa głową jak piesek z samochodu: http://www.youtube.com/watch?v=vsbo1lpmbvc Ale, jak to mówią, szewc bez butów chodzi.

Potem było RTG i, pokrótce, wyszło że mam dokładnie takie same zmiany w kręgach szyjnych, jakie powinna mieć każda szanująca się i ślęcząca nad komputerem biurwa. Czyli standard jazzowy i do renty co raz bliżej. 

Na koniec USG tętnic szyjnych, które są ponoć idealne. Ale przy okazji, skoro wiek już pasuje, zacząłem dostawać standardowe pytania: „A cholesterol sobie Pan badał?” Jaki k**a cholesterol, przecież ja mam dopiero… oh, racja :( Nie dość, że w ten zawoalowany sposób system prywatnej (ha!) opieki medycznej przypomniał mi o mijającym czasie i bezpowrotnie utraconej młodości, to jeszcze się dowiedziałem, cytuję: „O, a pan tu ma coś na tarczycy… hmm… Pewnie nic groźnego, ale proszę sobie zbadać hormony”. Kfuck! Że co?!

Niniejszym odmawiam więc odebrania wyników TK – jeszcze mi wyjdzie że mam jakiegoś xenomorpha w mózgu i co będzie? Pamiętam jak kiedyś sąsiadka przyłapała mnie na przystanku jak palę i powiedziała „Ach no tak! Ty przecież jesteś w tym wieku, w którym się wierzy, że się jest nieśmiertelnym”. Powiem krótko: powoli mi mija.

11:27, trekski
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 28 marca 2011
poniedziałkowo

Jestem w domu, rozmawiam z rodzicami i oczywiście, jak to bywa, o coś się z nimi kłócę. Na przykład o to, że ojciec przebrał się za tego gościa z Boney M i biega po domu w zielonym dresie rodem z PolSportu. A kłócić się za bardzo nie moge, bo by jeszcze zauważyli, że za plecami chowam foliową torebkę z głową. Zaglądam i sprawdzam - tak, jest to definitywnie ludzka głowa. Z czerwonym jezykiem, żółtymi zębami i zielonymi ustami i resztkami białej jak śnieg skóry. I ma wyłupiaste oczy.

Jak Pozbyć się głowy? Może zawinąć w worek na śmieci, obciążyć hantelkiem i wrzucić do Wisły? Sprytne!

Chowam się w łazience, żeby dokładniej przyjżeć się problematycznej zawartości siatki... głowa jest podłużna, więc to chyba nie jest ludzka głowa. I do tego nie ma na niej śladu tkanek organicznych. Biały okazał się plastik, z plastiku wystają czarne zębatki i miedziane styki. Całośc się rozpada i stwierdzam, że to pies-zabawka. Reszte zębatek i styków zaczynam odgryzać czując w ustach trupio-plastikowo-metaliczny smak...

Budzę się. Zapewne trzeba będzie użyć czerwonego hantelka 4kg, żeby nie wypłynęła...

Jem śniadanie, kupuję fajki, idę na tramwaj. Pewnie trzeba by wyrzucić z mostu. Najlepiej Poniatowskeigo, bo Śląsko-dąbrowski jest podświetlony nawet w nocy od spodu...

Poniedziałek.

Pamiętajcie, dziatki, żeby nie oglądać ciurkiem: Ghost in the Shell, Ghost in the Shell 2: innocence, i rosyjskeigo "Война" i na dokładkę czytać w Polityce o antropologicznych badaniach na temat kultu czaszek.

14:46, trekski
Link Komentarze (3) »
wtorek, 19 października 2010
i nawet nikt nie zauważył błędu...

Zatem w ciagu 100 lat data przesunie się o 3x 35 (na każdy z pełnych 28-letnich cykli) + 16 (na pozostałą z dzielenia resztę) + 3 (na 3 dodatkowe w tej reszcie lata przestępne) czyli o 124 dni. Co nie jest wielokrotnością 7 dni w tygodniu. Zatem żeby zamnkąć "większy" cykl bazujacy na 100-letnim cyklu lat przestęnych znowu musimy zrobić NWW ze 124 i 7 co da 868 lat. A nie 823.

Otóż nie!

Bo ponieważ:

co 100 lat data przesuwa się o 124 dni, co nie jest wielokrotnością 7. Co więcej 124 = 2 x 2 x 31, czyli neistety NWW 124 i 7 to 124 x 7 (=868) ale to nie liczba lat, tylko liczba dni o które przesunie się data względem tygodnia. A ile to lat? No skoro o 124 dni przesuwa się w 100 lat, to o 868 przesunie siez 7x100 czyli 700 lat.

Zatem te 823 jest jeszcze bardziej z dupy niż było.

A zadań nadal nikt nie rozwiązał :(

09:26, trekski
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 18 października 2010
feng szułi

Abstrahując od tego czy istnieje możliwy do zweryfikowania związek przyczynowo-skutkowy między takimi zdarzeniami jak "nie wysłałem tego maila do 100 osób" a "i za karę moje nogi obrosły serkiem feta", bo jak podpowiada nam rozum, takiego związku po prostu nie ma, to czy ludzie wymyślający łańcuszki szczęścia mogliby zadać sobie minimum trudu, żeby przynajmniej to co DA SIĘ sprawdzić, trzymało się kupy?

Otóż dostałem dziś w pracy następujący łańsuszek:

W tym roku Pazdziernik ma 5 piatkow, 5 sobot i 5 niedziel. Zdarza sie to raz na 823 lata. Jest on uwazany za miesiac do workow na pieniadze. Przeslijcie tego emaila do 8 dobrych osob, a pieniadze zaczna sie pojawiac. :-) Na podstawie chinskiego feng shui. Kto zatrzyma to doswiadczenie, nie doswiadczy tego.

I zanim nawet zacząłem czytać dalej (choć po co?) jakież to plagi spadną na mnie jeżeli łańcuszka nie prześlę dalej (a spadną na pewno, bo jak bum cyk cyk, nie prześlę go dalej), to uderzyło mnie jedno: JAKIE 823 lata, do cholery?

Zastanówmy się nad paroma faktami: Październik zawsze ma 31 dni. Jak łatwo zauważyć, patrząc na kalendarz, warunkiem wystarczającym i koniecznym żeby było w nim "5 pełnych weekendów" (5 piątków, 5 sobót i 5 niedziel) jest aby 1. października wypadał w piątek.

Rok (bez lat przestępnych) ma 365 dni, czyli mieści się w nim 52 pełne tygodnie i 1 dzień. W roku przestępnym pełne 52 tygodnie i 2 dni.

Zatem co roku dzień tygodnia przesuwa się o jeden dzień względem daty (a w lata przestępne, czyli co 4 lata, aż o dwa).

Czyli:

1 paź 2010 - piątek

1 paź 2011 - sobota

1 paź 2012 - poniedziałek (rok przestępny)

1 paź 2013 - wtorek

1 paź 2014 - środa

itd.

Zatem w sumie co 4 lata data będzie przesunięta względem dni tygodnia o 5 dni. W sumie jest 7 dni w tygodniu - żeby cykl się zamknął, dzień tygodnia powinien się przesunąć względem daty o wielokrotność 7 dni. Łatwo więc policzyć (najmniejsza wspólna wielokrotność), że cykl się zamknie po 28 (4x7) latach i że w sumie będzie w tym cyklu 4 lata kiedy 1. października wypada w piątek (choć nie CO 4 lata! ani CO 7 lat, tylko odpowiednio co 6, 5, 6 i 11 lat :)) a data względem dnia tygodnia przesunie się w sumie o 35 dni.

Następne takie październiki (bez patrzenia w kalendarz) są w latach: 2021, 2027, 2032, 2038 2049 itd.

Więc jakie 823? Należy jeszcze pamiętać, że rok solarny ma (prawie) dokłanie 356,2425 dni, wiec co 100 lat wypada nam jeden rok przestępny (2000 nie był przestępny, 2100 też nie będzie). Zatem w każdych 100 latach "większego" cyklu lat przestępnych mieszczą się 3 pełne cykle 28-letnie i zostaje jeszcze 16 lat (100 - 3x28 = 100 - 84 = 16) w których jest 3 (a nie 4 - pamiętajcie, jeden rok przestępny w każdych 100 latach wypada) lata przestępne czyli w sumie w tej "reszcie z dzielenia" (wieku przez 28-letni cykl) data względem dnia tygodnia przesunie się jeszcze o 16+3 czyli 19 dni.

Zatem w ciagu 100 lat data przesunie się o 3x 35 (na każdy z pełnych 28-letnich cykli) + 16 (na pozostałą z dzielenia resztę) + 3 (na 3 dodatkowe w tej reszcie lata przestępne) czyli o 124 dni. Co nie jest wielokrotnością 7 dni w tygodniu. Zatem żeby zamnkąć "większy" cykl bazujacy na 100-letnim cyklu lat przestęnych znowu musimy zrobić NWW ze 124 i 7 co da 868 lat. A nie 823.

Ale w tych 823 latach, za wyjątkiem lat wokół pełnych setek, nadal się będzie powtarzał rytm "pełnych weekendów" co 6, 5, 6 i 11 lat.

Zadanie domowe: co ile lat będzie taki specjalny październik w latach 2090-2110 ?

Na szóstkę: Zadanie 2: ile razy w całym 868-letnim cyklu wystąpi luty, który ma 5 piątków? :>

 

10:47, trekski
Link Komentarze (4) »
środa, 29 września 2010
Radzia wybuchła!

Znaczy się dokładnie to palneła costam-cośtam w jakimstam-jakimśtam tygodniku (tu) o tym jak to szkoły katolickie mogą nie zatrudniać zadeklarowanych lesbijek, myśląc że i tak go nikt nie czyta. A tu się okazało, że "shit hit the fan", czyli że niefortunna wypowiedź trafiła w pazury i między zęby działaczy LGBT, który przecież Radzi nienawidzą ex definitio (senator Niesiołowski tu). A smród jaki się od tego przysłowiowego gówna rozlał po gazetach i portalach świadczy li tylko o tym, że Radzia ciężko pracuje (Radzia tu). Coś w tym jest - jak się ciężko pracuje, to, owszem, śmierdzi, ale raczej potem.

Jak by tego było mało, to Radzia dodała koksu do pieca, tłumacząc się, że przecież tak jest w prawie samej przenajświętszej Łuni (m.in. Radzia tu). A jak jej jakiś pan Specjalista klarował, że jest w mylnym błędzie, bo przepisy łunijne stanowią jednak inaczej, to odparowała że przecież jest gejem, przy okazji tłumaczenia się, że jej odpowiedź była w trybie przypuszczającym (o tu)

jak u Hitchcocka - zaczęło się od trzęsienia ziemi a potem napięcie stopniowo rosło: Kutz potępił (tu), Wikiński chciał zdymisjonować (tu), Schetyna zaczął bronić, kluby parlamentarne zaczęły protestować, ludzie demonstrować... chaos i anarchia!

To może zacznijmy od początku i idźmy po kolei, w miarę możliwości odsiewając medialną kakofonię:

Po pierwsze:

Radzia zapytana:

Zdeklarowana lesbijka nie dostaje pracy w szkole katolickiej, z uwagi na swoje preferencje. Szkoła zostanie pozwana do sądu?

odpowiedziała:

– Oczywiście nie!

Co z deklarowanym w TVN trybem przypuszczającym ma niewiele wspólnego. Ale kto by tam od polityka wymagał spójności wypowiedzi.

Po drugie:

Outing, czy nie outing (ja tam p. Śmiszka nie znałem wcześniej w ogóle i mało on mnie obchodzi), to nie tu jest problem w polemice na falach TVN. Problem w tym, że jako osoba zajmująca się (niby) wspieraniem grup marginalizowanych, czyli takich, które m.in. nie mają wystarczającej reprezentacji w mainstramie, sama pozwala sobie je marginalizować, jako argument w dyskusji niby-merytorycznej powołując się na cechy danej osoby, przez które do dyskryminowanej grupy jest zaliczana. Trochę to wyszło, jakby chciała Śmiszkowi jego gejostwo wytknąć, bo skoro jest gejem i jest w sprawę osobiście zaangażowany, to niech się nie wypowiada za głośno. Węszą szanowni państwo tu pewien paradoks?

Po trzecie:

Paradoksów jest więcej i to dużo grubszych. W swoim oświadczeniu Radzia powołuje się na prawo polskie jak i europejskie. Zaznaczmy, że opracowana niedawno ustawa o równym traktowaniu jest jakoby reakcją na zalecenie (a nie prawo) co do równego traktowania osób LGBT. Dokładnie dokument nazywa się "Zalecenie CM/Rec(2010)5 Komitetu Ministrów [...] w zakresie środków zwalczania dyskryminacji opartej na orientacji seksualnej lub tożsamości płciowej". Zadałem sobie trud i przeczytałem prawie całe - o wyjątkach w stylu szkół katolickich nic nie znalazłem. Jest jeszcze objaśnienie do w/w zalecenia ("Memorandum wyjaśniające" CM(2010)4 add3 rev2). Jedyny fragment, o który IMHO można by oprzeć wywody Radzi jest w rozdziale V "Zatrudnienie" i brzmi następująco:

Powyższe [zalecenia dotyczące ograniczania dyskrymincji ze względu na orientację seksualną i tożsamość płciową m. in. w zakresie dostępu do pracy i zatrudnienia] pozostaje bez uszczerbku dla możliwości, zgodnie z którą, odmienne traktowanie w oparciu o cechę związaną z płcią nie stanowi dyskryminacji tam, gdzie ze względu na rodzaj działalności zawodowej lub warunki, w których są się ona odbywa, cecha taka jest istotnym i determinującym wymogiem zawodowym, pod warunkiem, że jego cel jest uprawniony, a wymóg proporcjonalny. Zasada niedyskryminacji nie zostanie naruszona, jeżeli rozróżnienie pomiędzy osobami znajdującymi się w analogicznych sytuacjach ma obiektywne i racjonalne uzasadnienie, gdyż służy realizacji uprawnionego celu i stosuje środki, które są racjonalnie proporcjonalne do celu jaki ma zostać zrealizowany"

żródło

Piękne. Bo jak mniemam Radzia (tak jak nasi ustawodawcy, ale o tym za chwilę), z Memorandum wyczytała tyle, że dyskryminacja ze względu na orientację, jest możliwa jeżeli tylko orientacja jest "wymogiem zawodowym". Fragment o tym, że cel takiego rozróżnienia musi być uprawniony, wymóg do celu proporcjonalny a zasada niedyskryminacji nie zostanie złamana o ile samo rozróżnienie ma uzasadnienie obiektywne i racjonalne zostały skwapliwie przez nich pominięte. O tym czy cel szkoły katolickiej, która nie chce zatrudnić lesbijki jest uprawniony (jest tym celem, jak mniemam, nauczanie o tym, że geje są ułomni, a lesbijki, jak wiadomo, nie istnieją), czy wymóg jest proporcjonalny (czy jeżeli będzie ta domniemana lesbijka nauczała w katolickiej szkole np. geografii, to też lesbijką być nie może? Pewnie nie, bo by jeszcze nauczyła, że ziemia nie jest płaska albo że Kolumb była kobietą). I przede wszystkim czy rozróżnienie ma racjonalne i obiektywne uzasadnienie? (- nie możemy zatrudnić lesbijki? -dlaczego? -Ponieważ zgodnie z naszą wiarą homo są ułomni, a ona mogłaby wpajać uczniom że jest inaczej. - A dlaczego wierzycie, że homo są ułomni? - Bo tak nam powiedział 13 wieków temu nasz niewidoczny przyjaciel)

Po czwarte:

Ech... ale po cóż mam się uciekać do taniego antyklerykalnego sarkazmu. Wystarczy, że poczytamy wzmiankowane Memorandum dalej. Jest tam rozdział (werble) VI. "Edukacja", gdzie czytamy między innymi:

Państwa powinny zatem zajmować się kwestią orientacji seksualnej i tożsamości płciowej, w pełen szacunku i obiektywny sposób, na przykład w programach nauczania lub podczas zajęć edukacji seksualnej i zdrowotnej, oraz opracować programy szkoleń wstępnych i stacjonarnych lub wsparcie i poradnictwo dla nauczycieli i pozostałej kadry pedagogicznej aby poruszać tę problematykę, w szczególności z punktu widzenia przeciwdziałania dyskryminacji. [...]

Państwa powinny także [...] publikować i dystrybuować podręczniki dla kadry nauczycielskiej i zachęcać do prowadzenia w szkołach kampanii i imprez kulturalnych przeciwko homofobii i transfobii [...]

Konia z rzędem temu, kto mi wymyśli jak według powyższych wytycznych miałaby działać szkoła, która jednocześnie nie zatrudnia nauczycielki lesbijki, ponieważ jest to sprzeczne z tej szkoły wartościami.

O ile jest oczywiście państwowa, bo jak czytamy w tym samym rozdziale:

Wszystkie środki powinny uwzględniać prawo rodziców do wychowania dzieci, takich jak prawo do zapewnienia im wychowania i nauczania zgodnych z ich własnymi przekonaniami religijnymi i filozoficznymi.

Sposób widzę jeden, taki sam jak Ray zapodał na FB: państwowe szkoły mają dość jasno określone wytyczne, a katolickie szkoły powinny być prywatne i wtedy niech sobie tam uczą czego chcą (w ramach, mam nadzieję, jednak pewnego minimum programowego) i jak ktoś chce swoje dziecko do takiej szkoły posłać i za to zapłacić, to proszę bardzo. Problem tylko w tym, że u nas państwowe szkoły do powyższych zaleceń od lat się nie stosują (no bo niby na JAKIM wychowaniu seksualnym mieli by uczyć o LGBTQ?). A szkoły katolickie nie są całkowicie prywatne, tylko często-gęsto są utrzymywane z kasy państwowej.

Po piąte:

Tu dochodzimy wreszcie do tego jak te światłe zalecenia przełożono na polskie prawo. Otóż stosowny lesbijsko-szkolny zapis w przedmiotowej ustawie brzmi następująco:

Ustawy nie stosuje się do (...) ograniczania przez kościoły i inne związki wyznaniowe, a także organizacje, których etyka opiera się na określonym wyznaniu lub światopoglądzie, dostępu do działalności zawodowej oraz jej wykonywania ze względu na wyznanie lub światopogląd, jeżeli rodzaj lub warunki wykonywania takiej działalności powodują, że wyznanie lub światopogląd są rzeczywistym i decydującym wymaganiem zawodowym stawianym danej osobie fizycznej, proporcjonalnym do osiągnięcia zgodnego z prawem celu różnicowania sytuacji tej osoby; dotyczy to również wymagania od zatrudnionych osób fizycznych działania w dobrej wierze i lojalności wobec etyki kościoła, innego związku wyznaniowego oraz organizacji, których etyka opiera się na określonym wyznaniu lub światopoglądzie.

fragment ustawy za kataryna.salon24.pl

W przytoczonym fragmencie zastanawia mnie kilka rzeczy. Przede wszystkim, jak łatwo na pierwszy rzut oka zauważyć, mowa w nim o ograniczeniu stosowania ustawy, jeżeli warunkiem zatrudnienia przez kościół lub inny związek wyznaniowy jest wyznanie lub światopogląd kandydata. W pytaniu w Gościu Niedzielnym była mowa o zadeklarowanej lesbijce (niech mi ktoś wreszcie wytłumaczy do jakiego urzędu i na jakim formularzu zgłasza się deklaracje bycia lesbijką), której szkoła katolicka odmawia pracy ze względu na jej preferencje. Pal sześć, że orientacja psychoseksualna to nie rzecz nabyta ani kwestia wyboru. Niech i będzie, że to preferencja. Czy zatem jeżeli preferuję chłopców, to jest to mój światopogląd? A jak wolę zielone śmiejżelki od czerwonych, to jest to moje wyznanie?Czekaj... wróć... pamiętajmy o kościele Latającego Potwora Spaghetti!

Po drugie zostaje jeszcze kwestia proporcjonalności i zgodności z prawem samego rozróżnienia, które w przypadku odmowy zatrudniania nauczycieli homo stoją, moim zdaniem, co klarowałem wcześniej, pod wielkim znakiem zapytania.

Podsumowując, wygląda to dla mnie tak: mamy dość ogólne zalecenie łunijne, nagiętą na potrzeby mitycznego "kompromisu" z KRK realizującą je ustawę i pełnomocniczkę ds. równego traktowania, która tych "subtelnych zmian akcentów nie dostrzega i dostrzegać nie chce oraz szkoły państwowe zaleceń łunijnych w ogóle nie stosujące i szkoły katolickie, które w świetle prawa (a jeszcze bardziej w świetle praktyki, jak i cały kościół, ale to mógłby być temat na oddzielną notkę) są uprzywilejowane i to jeszcze zapewne za pieniądze podatników. Kraj raj!

 

Z tym rozumieniem zapisów i przepisów to trochę jak w tym kawale z cyklu o Radiu Erewań:

- Czy to prawda, że Sasza Iwanowicz wygrał w teleturnieju mercedesa?

- Nie mercedesa tylko rower, nie w teleturnieju, tylko na placu czerwonym i nie wygrał, tylko mu ukradli.

Czy jakoś tak.

01:23, trekski
Link Komentarze (1) »
piątek, 17 września 2010
Rozmowy z rodzicami - odcinek 1056

Mamut ostatnio pojechała z ojcem do Krynicy Górskiej. Znaczy się Ociec pojechał na jakąś konferencję - jedną z tych co to mi się wydaje, że Ciągle są o tym samym, bo co czytam/tłumaczę abstrakt jego pracy to jest o "nierozłącznym połączeniu tuleja-wał", "drganiach własnych układu", "akutatorach piezoelektryczncyh" i metodzie "Bogubilowa-Kirłowa-Mitropolskiego". A Mamut pojechała dla towarzystwa i na małe wywczasy. Pojechali i wrócili. Spotykamy się przy pierwszej okazji i wywiązuje się taka oto rozmowa:

- Mam dla Ciebie suwenir z Krynicy [Górskiej]

-O! A co takeigo?

- Ser kozi, bo takie najbardziej lubisz.

- Owszem, uwielbiam.

Ser zostaje sprezentowany i zabieram się za czytanie etykiety. A tam:

Ser Owczy Dojrzewający ZRóWNOWAżONY

Prawdziwe Jedzenie sp. zoo

[...]

Owczy, kozi - jeden grzyb - i tak miło.

"Hodowla owiec i produkcja sera, odbywają się w unikalnie czystym, górskim środowisku objętym ochroną NATURA 2000"

Fiu-fiu! To ja prosty człowiek nie wiedział, że na obszarach N2k można owce wypasać. Ale nic to - czytam dalej.

Masa netto: 0.234

Cena: 25.74

I prawie z krzesła spadłem. Z prostego rachunku matematycznego wynikało, że dostałem ser za około 100PLN za kilogram! O_o Więc zszokowany tak wybajerzonym artykułem spożywczym w roli suweniru, mówię:

- Ojej! Jaki drogi ser! To przecież ponad stówa za kilogram.

- No tak, ale to prezent. Trzeba sobie czasami sprawiać przyjemności...

- Eee.. no tak.. znaczy, no tak. Znaczy oczywiście bardzo dziękuję - wspaniały prezent. Po prostu na co dzień bym sobie takiego nie kupił...

- A co, nie starcza ci?

Z czego ostatnie zdanie rodzicielka wypowiedziała z miną ni to troski - o moje finanse, ni to przerażenia - niechybnie czekającym mnie z niedożywienia szkorbutem, ni to nadziei. Szczególnie jednak chyba nadziei, bo skoro mi jednak nie starcza na jedzenie, to zapewne niedługo zrezygnuję z tego niedorzecznego pomysłu żeby mieszkać na swoim i wrócę do ciepła domowego ogniska.

"Dobra zupka, pomidorowa, taka jaką lubisz zrobiłam..."

20:36, trekski
Link Komentarze (1) »
subtelności

Dziś pobawię się trochę w adwokata diabła i, tak jak zazwyczaj teorii queer w wydaniu akademickim unikam i specjalistą nie jestem, tak użyję jednego z bardziej mglistych dla mnie pojęć: "opresyjność" języka.

W jednym z artykułów na kobieta.wp.pl (który do mnie trafił za pomocą mojej ulubionej listy mailingowej) czytamy o biseksualistach:

Nie są heteroseksualni, bo mają udany seks z osobami tej samej płci, ale też nie są homoseksualni, bo mogą budować związki z partnerami płci przeciwnej.

I niby wszystko się zgadza, a cała reszta artykułu traktuje o tym jak to biseksualiści są biedni bo "Nie mają swoich gazet, ani klubów, ich życie towarzyskie przenosi się do Internetu." i w ogóle nierozumiani i napiętnowani - co niewatpliwie jest prawdą. Tylko że proszę zwrócić uwagę na subtelny dobór słów w pierwszym akapicie:

Nieheteroseksualni, bo mają udany seks z osobami tej samej płci

niehomoseksualni, bo mogą budować związki z partnerami płci przeciwnej

Czyli niby nic, ale znowu udało się (nieświadomie?) przemycić stereotyp o tym jak to homo mają w głowie (tylko) seks, a związki i relacje partnerskie to potrafią (tylko) hetero. Brawo bis :/

20:18, trekski
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 09 sierpnia 2010
ja jebie

Jak PT Stali Czytelnicy tego bloga doskonale wiedzą, nalepiej mi się pisze na wkurwie. Tak więc, jako, że moje życie ostatnio pachnie fiołkami i ma kolor bergamotek, mało było pisania.

Ale dziś to już pęknę. O godzinie 22.15 czasu środkowoeuropejskiego, niepomiernie wkurwiony chrobotaniem ze ścian (przeliczyłem: trutka kupiona w połowie kwietnia miała chronić i bronić przez trzy miechy - czyli skończyło się babci sranie i znowu jestem skazany na chitynowych towarzyszy niedoli) postanowiłem ostatecznie rozwiązać kwestię karaluszą.

Jak pomyślałem - tak zrobiłem. Wydobyłem z przepastnej szafy kupioną za wczasu piankę montażową i przystąpiłem do zaklejania dziur w ścianie pod zlewem - głównych dróg inwazji moich ćwierkających na krzywy ryj współlokatorów. I chuj by to wszystko strzelił! Znaczy nie chuj, tylko dyszka. Strzeliła. I wszystko zamiast rureczką elegancko pójśc w dziurwę w ścianie, poszło mi po łapach.

Ostatnie pół godziny spędziłem w łazience szorując się (z braku zalecanego przez producenta do takich operacji acetonu) na zmianę: benzyną lakową, ręcznikiem frotte i wodą po goleniu Dior Higher Energy (i tak jej nie używam, bo się nie golę, a zawsze to jakiś alkohol, czyli jak wiemy z lekcji chemii, dobry rozpuszczalnik).

Teraz z wkurwem na 110 siedzę i palę fajka, modląc się żeby wypełniająca moje (i ich!) gniazdko mieszanka Eau de Benzine du Dior nie pierdolneła fajerwerkiem. Na szczęście przynajmniej już mi się paluchy nie kleją do klawiatury, więc mogę posta skrobnąc na tę okazję.

kurwać! Przynajmniej sie sk**wiele uciszyły. :[

23:02, trekski
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 33