trekker ma to do siebie, że co chwila mu się coś w mózgownicy rodzi. I nie raz się już przymierzał żeby te dzieci, a czasami poronienia, gdzieś uwieczniać, stąd jego notatniczek-kapowniczek . Być może nawet podzielić się ta akuszerką z innymi...
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
skontatkuj sie z naszym konsultantem
adopt your own virtual pet!

GlitterMaker.nl

czwartek, 15 października 2009
trekker does... bits and pieces of Europe

Kochani moi najmiluśińscy, dawno nie pisałem, za co mi Glebowa nawet głowę zmyła. Ale też, czemu się dziwić, skoro czs ostatnio umilają mi takie rozrywki jak szwendanie się w warunkach iście syberyjskich po Berlinie (od dziś: po Amsterdamie i chyba już nie tak syberyjsko) oraz picie piwa w ilościach przemysłowych. Toteż czem prędzej, korzystajac z cudownego wynalazku jakim jest wireless w hostelach oraz faktu że dziś mam (nie)planowo spokojny dzień ze zredukowaną ilością piwa, nadrabiam zaległości. Choć krótko i po łebkach.

Berlin, tak jak zwykle, zauroczył mnie. Tym bardziej, że tym razem udało mi się wyrwać z zaklętego kręgu berlińskich multipleksów i ich okolic oraz wszelkich permutacji dojazdów między nimi (Potsdamer Platz, Am Urania, Alexander Platz i in.). Olałem też to co już widizałem, czyli nie spodziewajcie się fotek Brramy Brandenburskiej i Siegesseule - z resztą i tak lepsze zobaczycie w pierwszym lepszym przewodniku ;)

Ale o Belrinie to będize więcej i kolorowiej potem ,dziśtylko po króce o mojej drodzę z Berlina do Amsterdamu. Kochacie to poczekacie, a mnie tu kilka rzeczy bardzo uderzyło to i aż się z Wami podzielę.

Po pierwsze i najwazniesze, strzeżcie się, albowiem bliski jest dzień kiedy księżyc krwią nabiegnie a świnie po niebie latać będą. KONIEC ŚWIATA JUŻ BLISKO! Mam na to niezbite dowody. A mianowice, jadąc dziś pociągiem relacji Belrin-Hanover (czy jakimś tam - z geografi to ja jestem noga) byłem świadkiem własnoocznym jakto dwóch pasażerów wyjaśniało z konduktorką fakt, że obaj mieli wystawione miejscówki na to samo miejsce. Zawsze postrzegałem Deutsche Bahn AG jako ostoję, dzięki której każda podróż mogła być zaplanowana od A do Z i wszystko szło potem jak w zegarku... idealną dla ludzi z ZOK'iem (as yours truly). A tu taki placek. Uciekaj kto może, świat się kończy!

Po drugie, mniej ważne, Amsterdam nawet w przelocie (Dworzec - Hostel) i nawet po ciemku zachwyca absolutnie!
A co mnie jeszcze bardziej zachwyca, to że idę sobie po ulicy i... prawie wszystko rozumiem. :D BO jak sięopanuje trochę niemiecki i angielski i trochę pogłówkuje, to wszystko się samo tłumaczy. poczułem się jak Neo, kiedy mówł "I know kung-fu". I z tej radości aż poszedłem się uczć słówek... do supermarketu. Nic tak dobrze nie pomaga w nauce słówek jak ilustracje. Proszę bardzo: zalm - łosoś, rendvlees - mięso wołowe, groeten - warzywa...* I tak łaziłem przez dobry kwadrans z bananem na twarzy oglądając kocie żarcie i rózne inne słoiki...

Acha.. a jakby wam kiedyś przyszło do głowy, drogie dzieci, kupić na spróbowanie mieszankę chipsów z marchewki, buraków, batatów (zoete aardeappel xD) i pasternaku (pastinaak?), to... yaba-daba-DON'T!

dobranoc

* no dobra, moglem cos przekrecic, ale jakby co to jutro powtorke zrobie :D

01:00, trekski
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 21 września 2009

...

7. Are you a member of a royal family?
Yes
No

8. Do you set your watch a little fast?
Yes
No

9. Define the word "sesquipedalia"

10. Hedgehogs live in hedges
True
False

PART III

11. What are your five favourite colors? ...

12. Do you like the smell of gasoline?
Yes
No

13. Please write as best as you can the sound a flamingo makes

16:49, trekski
Link Dodaj komentarz »
Żałoba.pl

Znowu mamy żałobę, znowu ogłoszoną przez Najjaśniejszego i znowu mam te smae odczucia co podczas ostatnich kilku żałób narodowych. Więc pewnie się powtórzę, ale i tak napiszę.

A zaczęło się od tego że wyszdłem dzisiaj dziarskim krokiem o 9 na przystanek celem nie spóźnienia się do pracy całkowicie. Nie mniej dziarsko stałem na przystanku i patrzyłem na kolejne mijające mnie autobusy - każdy z flagami zatkniętymi nad szoferką. I trybię: jakież to my dzisiaj mamy święto? Z historii (jak i z geografii) zawsze noga (może i mam te nieskromne +4 do ynteligencji ale wszystko to kosztem -8 do pamięci). Bitwę jakąś ważną pzegraliśmy 21.? Powstanie jakieś upadło? umarł ktoś?

No i masz - umarł. Tyle że to jeszcze nie rocznica. Dopiero jak mi Ray zwrócił uwagę na GG że mamy kolejną żałobę, skojarzyłem te flagi z słyszanymi kantem ucha newsami z soboty i zapowiedizami, że prezydent ogłosi żałobę narodową. symptomatyczne jest, że słysząc o pomysłąch na kolejną żałobę narodową nie traciłem czasu na zbadanie sprawy (dlaczego? Kto zginął?) ani na zapamietanie tego faktu. No bo po co - kolejna żałoba, też mi wydarzenie... Taka jakby znieczulica. Ale czemu się dziwić - jak się dowiedizałem w latach 1924-2001 żałobę narodową w naszym kraju ogłaszano 10 razy, natomiast w okresie 2004-2009... też 10 razy. Czyli ostatnio mamy średnio żalobę co pół roku. Jak na czasy względnego pokoju (nawet według retoryki Kaczyńskich, w której ostatnia okupacja skońćzyła się 20 lattemu) i jako-takiego dobrobytu (ponoć jako jedyni w europie mimo Szalejacego Kryzystu tm zanotowlaiśmy wzrost gospodarczy) to imho całkiem sporo.

Po pierwsze powtórzę to co już nie raz mówiłem/pisałem z okazji innych żałób: z całym szacunkiem dla cierpienia rodzin ofiar wypadku, ogłaszanie żałoby po wypadku w którym zginęło 13 jest niepowazne (śmiem nawet twierdzić, że uwłacza powadze sytuacji, ale o tym zaraz). Codziennie na polskich drogach ginie w wypadkach 15 osób - jeżeli  zatem po wypadku w kopalni Wujek żałoba trwa dwa dni, to już z racji wpadków drogowych powinnismy mieć żałobę narodową przez 55 godzin na dobę.

Po drugie - też się powtórzę - wkurza mnie, że Prezydent, z braku innych dokonań, ogłasza seryjnie te żałoby, co dla mnie jest nieudolnym zabiegiem wizerunkowym. Śmierć bliskiej osoby, to niewypowiedziana tragedia. Żałoba Narodowa to wydarzenie (w teorii) szczególne. Czy jednak na prawdę lepiej poczują się rodziny górników z Wujka wiedząc, że wszystkim dookoła "kazano się smucić" z powodu ich bliskich? Czy taki smutek jest szczery? A co za tym idzie, czy tragedia tych rodizn nie jest tym samym rozmieniana na drobne?

Wracając do retoryki panów z PiSs: wzięli sobie katolicki etos cierpiętnitwa bardzo do serca (a raczej na usta) i fundują nam, jedną za drugą, kolejne rocznice tego co nam się nie udało, zapominając o tym, ze za dużo to i świnia nie zje - im więcej bedzie taki cierpiętniczych okazji, tym bardziej bedą one latać ludzion koło dupy. Po orbicie księżycowej. W tym kraju nie będzie się dało normalnie żyć, bo właściwie jedyne co publicznie będzie wolno robić to ciągle się umartwiać. Za siebie, za innych, za bitwy przegrane, powstania niedokończone, krzywdy wyżądzone nam przez innych - prawdziwe i wyimaginowane. Ten kraj będzie jedną wielką biało-czerwoną depresją.

 

11:27, trekski
Link Komentarze (1) »
piątek, 18 września 2009
póżność

jak się komuś nudzi tak jak mi ostatnio w jeszcze-pracy, to mu różne głupie rzeczy do głowy przychodzą, na przykład:

[patrząc na swoje nogi] Boże, jak ja jeszcze dłużej na aerobik pochodzę, to będę miał szkitki jak Madonna

17:11, trekski
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 17 września 2009
wszyscy na tak

17:28, trekski
Link Dodaj komentarz »
środa, 09 września 2009
badger!

badger without a mushroom

15:57, trekski
Link Komentarze (1) »
wtorek, 08 września 2009
prawie miesiąc po czasie...

No wiec było tak, że z Szefową poszliśmy na koncert tej szatanistki-kabalistki. Było Grubo. Ale nie ze wzgledu na na ach-jakże-wzniosłe wrazenia słuchowe i estetyczne, co raczej dosłownie. Wszyskot było w skali mega++, przynajmniej dlamnie, biednego żuczka co to z koncertów to byl parę razy jeszcze za czasów liceum na Agrykoli oraz, a i owszem, ĄĘ, na koncercie Steczkowskiej w Romie, zanim jeszcze się rozmieniła na garść półgroszówek.

Ale zacznijmy od początku.
Za moją namową (ja z kolei namówiony przez mój paranoiczny umysł, bo przecież "matko bosko nie zdążymy! umrzemy!") doczłapaliśmy się z Szefową w okoliec Lotnicka Bemowo jużo  16. Przy, zaznaczmy, okazjonalnym utyskiwaniu Szefowej, że na pewno będziemy za wcześnie i ffogle. Jakaż była moja "radośc" kiedy się okazało, że aż tak bardzo za wcześnie to chyba jendak nie jesteśmy, bo od wejścia głównego (o szacowanej przepustowości jednej osoby na minutę) dzieli nas mała podhalańska wioska ludzi i serpentyna aluniniowych bramek.

Jak się okazało podhalańska wioska była bardzo zapobiegliwa, bo aluminiowe barierki czesto i chętnie zmieniały konfigurację przestrzenną. W efekcie pod wejsciem przez dwie godziny mogliśmy obserwować kadryla na tabun ludzi i bramki. Ochrona też raczej ograniczała się do obserwowania - podziwiam ich "stoicki spokój".

Za pierwszymi bramkami, ustawionymi chyba tylko po to żeby było wolniej, były kolejne, gdzie nie sprawdzano nic, potem kolejne, gdzie ponoć sprawdzano czy mamy w torbie coś niebezpiecznego. "Ponoć", bo jak bym chciał, to bym wniósł tam całą szafę scyzoryków, butelek i dragów. Potem były kolejne bramki, już ze sprawdzaniem biletów a potem... ciągnący się przez kilometr festyn ze straganami z kiełbaskami, pizzą (oczywiscie jendej marki - tej z hiszpanii) piwem (oczywiscie jendej marki - nie pomnę jakiej) i napojami niewyskokowymi (oczywniście jendej marki, podpowiem, że nie była to "Boliwijska trucizna"* tylko ta druga). A potem był jeszcze jedne bramki.

No generalnie całe Lotnisko zostało zamienione w horrendalnie długą konkatenację boisk fudbolowych okraszonych po brzegach spuchniętymi od klientów straganami z jadłem i napitkiem (oczywiście jednych marek). A na końcu były sektory te nieco droższe, poletko nieco tańsze i SCENA. Z tymi nieco droższymi sektorami to generalnie IMHO lipa, bo kupi se człowiek ten bilet za dwa czy trzy razy tyle co na niezaorane poletko i w efekcie siedzi obok sceny, bokiem do telebimów i generalnie w pyte daleko od całej akcji. Plus SIEDZI i się nie ruszy, bo by innym siedzącym zasłaniał, a poza tym "pan tu nie stał" itp.

(Tak, jakbyście mieli wątpliwości, to właśnie relacjonując konceret Madonny natrzaskałem cztery akapity o Lotnisku Bemowo i aranżacji przestrzeni a ani słowa o muzie.)

Jako support o jakiejś 20 wtoczył się na scenę razem z konsolą niejaki Oakenfolf. Wtoczył jak najbardziej dosłownie, bo konsola, ku mojej uciesze, była na kółkach. Zagrał... czekajcie, nie, nie zagrał. Puścił z wcześniej przygotowanej playlisty kilka fajnych, acz nie najświeższych, kawałków. W międzyczasie na telebimach w pętli prężyła się jakaś laska. No jakoś mnie to nie porwało. Takie szhuffle-play to ja se mogę w domowym zaciszu urządzić na winampie z tą jedyną różnicą, że moje burko nie jest na kółkach i nie mam na laptopie żadnych wyginajacych się lasek. Ale to też da się zorganizować. Lipa.

Oakenfold tak nam popuszczał te kawałki przez jakieś godzine, nadejszłą 21, konsoletę wraz z całym majdanem wytocozno na za kulisy i... nic. Znaczy może oprócz sikania po majtkach fanów z golden circle. Bo poza golden circle to nastroje były raczej nierozgrzane przez support i dodatkowo skutecznie wyziębiane dalej przez zapadający powoli zmrok.

Po jakimś kwadransie tego "nic", zaczęło się dziać "coś". A dokładnie zaczęło się od animowanego intro. Że niby ta różowa kulka latajaca pośród żyletek to była alegoria "hard candy"? No może. No i jak już nas uraczyli tą animacją, to wyszła Madzia i bezceremonialnie zaczęła szaleć na scenie na tle rozjażonych onirycznymi wizualizacjami telebimów (Ja  was przepraszam za to przydługie i przestylizowane zdanie, ale właśnie do tego można streścić następne dwie godziny koncertu). Telebimów - zaznaczmy - o powierzchni mojego dużego pokoju, a może i całego mieszkania każdy. Generalnie to może oprócz trzech kawałków, gdyby nie wspomniane jazdy jak po kwasie na ekranach za Madzią, to by było nie najgrubiej, bo kolejne utwóry z "the immaculate collection" z dodanym po prostu disco/house'owym "jubu jubu" w tle w którymś momencie zaczynały nudzić. A "hard candy" oprócz może "give it to me" to ja nie bardzo, to ja postoję. A znowóż "Hung up" i insze cuda z "confessions..." to były raczej tylko jako przerywniki lub szczątkowe sample w miksach z "hard candy".
"No nie dygnłą mi" jakby powiedział A.

Znaczy nie to żebym się bawił źle - jakby nie było zobaczyłem całkiem nieźle zakonserwowaną legendę popu, miałem symulację tripu po kwasie i generlanie luz.

Z rzeczy wartych wzmianki to trzebabby wspomnieć pewnie o tym całym halo z białymi serduszkami i śpiewaniem "Sto lat". Bo, jak zapewne WSZYSCY wiedzą, Madzia następnego dnia po koncercie mieć 51. urodziny. I w związku z tą okrągła rocznicą fani jej zrobili niespodziewajkę. Czytaj: przynieśli Madzi każdy po papierowym serduszku i coś tam śpiewali. Na logikę to chyba musiało być "sto lat" albo "happy birthday", ale wydaje mi się, że dali i jednego i drugiego po trochu i do tego śpiewali w kantonie, bo z pewnej odległosci było tylko słychać rozciągniete i przemieszane samogłosgki "ooo aaaaa yyy ööö aaaa ooo uuuuu". I w ogóle wzruszające to było, i totalnie normalnie super.

Madzia, w skrócie, zrobiła na to takie niewerbalne "WTF", pogęgała coś o tym, że ni w ząb nie kuma co oni jej wyją, więc może niech spróbują jeszcze raz. potem że oczywiście kocham was i całe moje życie to dla was (a nie dla tych 3 melonów za koncert - nie nie nie) i w ogóle super tylko już lecimy dalej, bo przecież mamy już 5 minut opóźnienia a helikopter dodomu już czeka za rogiem.Dosłownie tak, bo zdziwiłby się bardzo każdy kto by się po tym wzajemnym wylewie uczyć na linii tłum-Madzia spodziewał się choćby pół taktu bisów.

No więc poskakała, pograła i się zmyła zostawiając osiemdziesięciotysięczny tłum na pastwę komunikacji miejskiej, która ponoć na okazję spodziewanego oblężenia Bemowa przez fanów wracających do domu wysłała posiłki. Posiłki były skoszarowane w epicentrum akcji, w pełnej gotowości, na pobliskiej pętli. Niewiele im to dało, bo ugrzęzły w wylewajacym się z lotniska tsunami ludzi, którzy zalali skrzyżowanie, rozpełzli się po Wrocławkiej, Powstańców, Radiowej, wszerz i wzdłuż poczym zaczęli dyfundować wgłąb osiedzli szukając za każdym drzewem i śmietnikiem "jakiejś innej drogi, może na skróty".

Całe szczęście że Szefowa miałą blisko mieszkanie, tośmy najgorsze przeczekali pijąc piwo i już około pierwszej można było spokojnie wracaćdo domu jednym z uwolnionych z pętli nocnych.

 

00:26, trekski
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 07 września 2009
na lewo, na prawo, w górę i w dół...

W kwestii małżeństw to ja się może nie powinienem wypowiadać, bo, jak wiadomo, przy obecnym ustroju Najjaśniejszej to ja mogę co najwyżej sobie potrenować dwugłowe mięśnie ud chodząc na kolejne marsze ZA (wprowadzeniem homomałżeństw) tudzież PRZECIWKO (ograniczaniu praw wszelakich homików) i tyle z tego będzie.

Ale już na przykład o weselach to ja mogę, proszę państwa, bardzo dużo państwu opowiedzieć, bo mam w tej materii szerokie i wszechstronne doświadczenie. Szczególnie że w tym roku byłem już na trzech. Jakbym po każdym pisał takie koromysło jak Wyspiański to nobel murowany. A już niedługo czeka mnie minimum jeszcze jedno wesele.

W tym roku moim dostawcą zaproszeń na wesela była Kejt. Kejt nie miała razu pewnego z kim iść na bibę toteż wzięła mnie jako osobę towarzyszącą. W końcu na zaproszeniach nigdy nie piszą w jakim stosunku osoba toważysząca ma pozostawać do osoby której toważyszy a w szczególności czy tych osób stosunki uwzględniają stosunki. Choć coś mi mówi, że jednak swoista zasada domniemania sparowania każe zapraszającym zakładać że PT Osoba Toważyszące pozostają ze sobą w stosunku zdecydowanie bliższym niż ja i Kejt.

Tak czy inaczej, jako (byćmoże) domniemany gach Kejt obstawiłem to wesele w zeszłym roku i... jakoś tak nam w nawyk weszło, że potem było i kolejne a w tym roku to już zgodnie z naszą Nową Świecką Tradycją pojechaliśmy po całości i byłem z Kejt na weselach już trzech. Powoli zaczynam się czuć jak pełnoprawny członek rodziny. Ba, jeszcze chwila i mógłbym za świadka robić!

No ale nie o tym miało być, tylko o tym, że ja to tych naszych uświęconych tradycją obyczajów weselnych to nie bardzo czuję.

pierwsze primo: trzeba jeść. znaczy nie trzeba bo jak na sali jest setka osób to może by nikt nie zauważył, że ktoś się miga. Ale gdyby tylko wesela był kapkę mniejsze, to daję sobie rękę uciąć, że państwo młodzi, a już na pewno ich mamy latałyby po całej sali i dopytywały się gości "No jak to? Nie zjesz? Nie smakuje?!" licząc na to że albo się delikwent złamie i zje, albo, że poczucie winy go zabije na miejscu, co i tak lepiej, bo co to za gość co nie je? zero pożytku z takiego i pułtusza prosiaka tylko na zmarnowanie pójdzie!

Mam wrażenie że ilosć jedzenia na weselu jest kalkulowana na sporą armię i to wyprawiającą się na wojnę trzydziestolenią. Bo kto przy zdrowych zmysłach jest w stanie w ciągu kilku godzin zjeść cztery ciepłe posiłki przegryzajac po drodze sałatkami, śledzikiem, tatarem, lodami, kaszanką, ciastkiem z kremem, swojskim smalcem (absolutny hit!), tortem śmietanowym i żeby mu to w międzyczasie trzy razy nosem i uszami nie wróciło na zewnątrz?

Secundo: trzeba pić. wódkę. Im więcej, tym lepiej. A potem jeszcze trochę. A potem jeszcze bruderszafcik, a skoro się już znamy to się napijmy. A potem "gorzko, gorzko" i "ona temu winna" i jeszcze za zdrowie pary młodej, rodziców starych, babci, ciooci i wszystkich kuzynek, tej kulawej z Pabianic też.

No wiadomo - ma być obficie i pod korek. Tylko w tym szaleństwie... no właśnie o ironio w tym szaleństwie NIE ma metody. Bo jak się człowiek nawtranżala tych suróweczek i wędlinek i popije to piątym z kolei czerwonym barszczykiem z pasztecikiem to potem choćby pił zdrowie za pięć pokoleń pana młodego i siedem panny młodej wstecz to i tak nawet mu powieka nie drgnie. I gdzie tu sens - ani już człowiek nie ma przyjemności z żarcia, ani z picia...

no ale nie "nie zje" bo tak gorzałkę to trzeba czymś przegyźć, a tu wszystko mniam-mniam i palce obgryzać. A i nie "nie wypije", bo jak sobie podje, to by czymś to spłukał, więć chlup - na zmianę smaku. Ale jakże totak bez zagryzki? Więc zagryźć trzeba... i się koło zamyka.

ech.

Nie dość tego, żeby człowiekowi było milej się zamieniać w tucznika, to mu jeszcze zagrają - raz na swojsko. Absolutnymi hitami wszechczów są: "Jesteś szalona", "My cyganie" (i kto tu mówi że my nietolerancyjni dla mniejszości narodowych!) koniecznie tradycyjny polski weselny taniec, czyli "Zorba" oraz ostatnio mylnie uznawana za pop-rockową, gwiazda młodego pokolenia Anna Wyszkoni i jej najnowszy przebój "Czy ten pan i ta pani (są w sobie zakochani)". Jednym słowem prez jakieś dziesięć czy więcej godzin jest człowiek bombardowany klasyką disco-polo z okazjonalnym elementem etno, a wszystko to entuzjastycznie wywyte profesjonalnie ustawionym głosem pana Staszka z zepołem.

uch.

i nawet się upić na tą okazję nie może....

 

23:57, trekski
Link Dodaj komentarz »
w sieci

Aaaoah!!!  lnternet! po blisko tygodniu bez sieci w domu wreszcie z  powrotem mam stałe łącze. Mój "wirtualny rak" będzie mógł być regularnie karmiony, tak samo jak paczka Marlboro lajtów codziennie karmi mojego przyszłego raka w płucach.

Teraz się mogę tego internetu najeść po uszy, nawciągać nosem i powcierać pod pachy aż mi bokami wyjdzie! Koniec z dylematami typu "jest wtorek wieczór, a mi sie nudzi. Co tu odpierdolić? Wiem, pójdę się z kimś napić!" bo na ten przykład zasiądę sobie elegancko przed laptopem i poserfuję po necie, pogadam na ircu i w tak zwanym między czasie jeszcze peewnie na jakimś serwisie randkowym znajdę miłość mojego życia i nową pracę! Tak, tak, sieć będzie moim zbawieniem... Jestem żałosny.

Ale żeby nie było to jak wiadomo "co się polepszy, to się popieprzy" oraz "jak nie urok, to sraczka" itede itepe et cetera. Zakupiłem byłem sobie nowiusi śliczniusi ekran LCD co by go do kompa stacjonarnego podpiąć i oszczędzić trochę miejsca na biurku (w celu, ma się rozumieć zyskania dodatkowej przestrzeni na przechowywanie papierów, bo przy biurki u tak nie zwykłem w domu pracować). I co? I chuj bombki strzelił, bo za to padła mi klawiatura i mysz - obadwa na USB. A bez klawiatury i myszy to ja sobie moge skoczyć a nie sie zalogować... paranoja. I jestem jeszcze bardziej żałosny

P.S. Mały sukces - w prawdzie w ramach synchronizacji mojej nowej Nokii z PC (chwilowo tylko i wyłącznie w opcji "laptop" - patrz wyżej) nie ma czegoś takiego jak synchronizacja notatek (są kontakty - a jakże, jest kalendarz -a co!, audio, video, sreo-stereo - wszystko, ale jebananych kilku akapitów tekstu w notatce za chiny ludowe ani inne kurwlestwo i pół córki sie nie prześle do kompa). ALE se można cycuś-glancuś zaordynować konto na stronach Nokii... potem pobrać SMSa z konfiguracją i w efekcie z mojego komo, przez WLAN, na serwer Nokii (nie pogubiliśta siępo drodze?) ...potem lapkiem prez ten sam WLAN się na ynternetowom stronę nokii zalogować, potwiedzić pierdyliard warunków, wygrzebać w milionie zakładek i pod-web-kur*a-ich-mać-katalogów  wygrzebać ten z synchronizowanymi notatkami i przekleić je sobie z okienka firefoxa do pliku txt, uff........ bo po co ma być prosto, prawda? Przecież to oczywiste, że te kilka bajtów tekstu szło z mojego telefonu komórkowego do oddalonego o 30cm (sic!) komputera przez jakiś Madagaskar! A wszystko dlatego, że teraz wszyska elektronika musi być mądrzejsza od usera :/

...mać!

22:21, trekski
Link Komentarze (1) »
środa, 26 sierpnia 2009
a żeby nie było...

... że na wszystko ciągle narzekam, to chciałem zauważyć, że przynajmniej jeden z tematów tegorocznej parady nie umarł, tylko jest ciągnięty dalej:

Zapraszam na pikietę, która odbędzie się pod Sejmem dziś, 26 sierpnia o godz. 17.00, Warszawa, ul. Matejki (naprzeciwko pomnika).
Tematem pikiety będzie:
- regulacje dotyczące związków osób tej samej płci
- różne modele istniejące w Europie
- wyjaśnienie potrzeby tych regulacji

Argumentów o potrzebie regulacji sytuacji prawnej naszych związków nie trzeba chyba nikomu przypominać - uprawnienia socjalne, dziedziczenie, informacja o nieprzytomnym w szpitalu, decyzje o leczeniu - sprawy ogromnej wagi życiowej, ale i zwykłe, proste ułatwienia w urzędach i życiu codziennym.

Jakkolwiek byśmy przed sobą nie udawali - potrzeba nam tego! A jeśli potrzeba, to zwalczmy marazm, odłóżmy lenistwo końca wakacji na bok i przyjdźmy w środę o godz. 17.00 pod Sejm. Nie udawajmy, że nas wcale nie ma - jak chcieliby tego homofobi, ale i politycy, którym nie zależy na prawach dla niewidocznych.

Żadni "oni" nie załatwią nam naszych spraw. Musimy o nie walczyć sami!

Do zobaczenia!

(za http://chylkiem-i-duszkiem.blog.onet.pl/)

12:01, trekski
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 33