trekker ma to do siebie, że co chwila mu się coś w mózgownicy rodzi. I nie raz się już przymierzał żeby te dzieci, a czasami poronienia, gdzieś uwieczniać, stąd jego notatniczek-kapowniczek . Być może nawet podzielić się ta akuszerką z innymi...
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
skontatkuj sie z naszym konsultantem
adopt your own virtual pet!

GlitterMaker.nl

poniedziałek, 13 października 2008
z braku laku - o religii (znowuuuu)

ostatnia rozmowa z Alice przypomniała mi pewne wydarzenie, którego byłem kiedyś obserwatorem. A że za rowno opowieśc Alice jak i tamto wydażenie dotyczą nasej swojskiej religijnosci i są do siebie bliźniaczo podobne oraz oba działają na mnie jak płachta na byka, to pozwolę sobie znowu ulać na łamach tego bloga trochę antykościelnej żółci.

Wydarzenie pierweje - nauki przedmałżeńskie Cyprinus carpio

Byłem ja razu pewnego u Cyprynińskich - wtedy jeszcze on Cypryński i ona  (de domo) Alcesowa i właśnie byli owi na etapie pobierania nauk przedmałżeńskich, jako że jest to obecnie wymagane w ramach procedury przystępowania do śłubu kościelneg. Tak procedury - choćby dlatego, że na wszystko masz kwitek. Kwitek na żarliwość wiary (do jakiej parafii chodzisz - podpisany tylk ojeżeli regularnie bywasz w Domu bożym), kwitek na czystość sumienia (podpisywany przez spowiednika). Kwitek naodbycie nauk tez chyba był.

No więc, w kazdymbądźrazie, Cypryński i Cypryńska-in-spe właśniebyli w połowie procedury i uczęszczali na nauki przedmałżeńskie. I git - wierzą że ta procedura jest potrzeba, niech se chodza. Ja bym nie chodził, ale jak oni marnują czas to już nie moja sprawa. I dowiedizalem się, między innymi, że:

 - ksiądz ktory nauki prowadiz jest super-hiper bo tak mądrze opowiada o tym jak zyć ze sobą w zgodzie, jak pielęgnowac związek itepe itede. Standard w sumie. Już mnie nawet specjalnie nie dziwi (choć powinno, i kiedyś to robił)fakt że ludzie są tak chętni i gotowi przyjmować radydotyczace ich osobistego życia od osób które wedle wszelkiego prawdopodobieństwa nie mają najmniejszego doświadczenia w danej dziedzinie. Takie powiedzenie bylo kiedyś "krytyk i eunuch z jednej są parafi - każdy wie jak, żaden nie potrafi". Ale teraz nie ma mody na mądrosci ludowe. Cóż.. wysłuchałem, podniosłem znaczaco brew, i kontynuowalem picie piwa i pogryzanie chipsów.

- druga rzecz jakiej sie dowiedziałem już mnie bardziej zszokowała - jako że tak bezpośredni się z nią jeszcze nie zetknąłem. Otóż: bezkrytyczna hipokryzja. Bo okazuje się, że w ramach szamanskiej procedury, skoro już zawieżylismy że nieżonaci i niemeżaci panowie w czarnych sukienkach wiedzą lepiej od nas jak należy żonę/męża (przyszłego/a też)  traktować - to bedziemy odpytanie czy do zastosowań siestosujemy. W sumie jako-tako logiczne - jak by do mnie ktoś przyszedł i pytał się co ma zrobic to też bym chcial wiedzieć czy rady posłuchał. Inna sprawa, że nie mam w zwyczaju udzielać rad "kategorycznych" ("masz zrobić tak i tak"). ALe to dygresja nie na teraz.
Tak więc przyszli małzonkowie sa odpytywani z tego czy ze sobą żyją (znaczy czy mieszkaja, choc jak mniemam chodzi o to czy razem śpią) i oczywiście własciwą odpowiedią jest, że absolutnie jeszcze nawet nie widzieli swoich nagich kostek.
Teoria teorią, a praktyka praktyką.Cypryński i Alcesowa w tym momencie mieszkali (i nie tylko) ze sobą już rok z okąłdem. Co - ku mojemu zdziwieniu, gdyż zawsze ich miałem za ludzi prawdomównych - nie przeszkodziło im odpowiedzieć przecząco na powyższe pytanie (wot siurpryza!) i co więcej relacjonowac całe zajście z wielką wesołoscia, właściwą gimnazjaliscie ktoremu się udalo przechytrzyć nauczyciela i ściągnąć na kartkówce.
Ręce mie opadli, ale na szczeście nie na tyle żeby nie łyknac więcej piwa i nie zagryźć kolejnymi chipsami.

Wydarzenie wtoryje - psiapsiuła Alice i jej wybranek

 no wiec nie dalej jak dwa tygodnie temu siedze sobie u Arcziego na plotach z Alice i słysze że jakaś tam jej psiapsiuła - że aż zacytuje:

"Został im jeszcze miesiąc do ślubu więc już ze sobą nie sypiają"

I moje obowdy logiczne inteligencji emocjonalnej sie zwarły. Łyknąbym "Są już x czasu po ślubie, więc ze soba nie sypiają" - bo, smutne ale prawda, ctak juzbywa jak się w z wiązku namiętnosc wypali. Łyknąłbym też od biedy "Został im jeszcze miesiąc do ślubu wiec jeszcze ze sobą nie sypiają" - znaczy czekają do ślubu, slub za miesiąc, jeszcze miesiąc pojadą na ręcznym - ok. Ale to zestawienie jeszcz-już nie mieściło się w żadnym stosowanym przeze mnie schemacie i chwilowo przeciążyło obwody, wiec pytam:

- jakto "jeszcze miesiąc, więc juz nie sypiają"?

na co Alice, patrzac się na mnie miną litościwa - bo jakże mógłbym nie zrozumieć - z pełną powaga tłumaczy:

- no tak. Byli już u spowiediz przed ślubem [są czyści] więc teraz do ślubu ze sobą nie bedą sypiać

O_o come again?

Bo otóz widzicie - może to wiedizeliście, ale ja nie - spowiedź to jak respawn w grze RPG - startujesz z zerwoym poziomem doświadczenia i od nowa zbierasz manę. A jak kapłan w pobliskiej tawenie nie chce ci sprzedać czaru na respawn, to możesz zawsze pójśc gdzie indziej! Fajowo, nie? Obowiazuje Cię żelazna (*zaśmiał się niedorzecznie*) logika 10 przykazań, ale jak trzeba to możesz rach-ciach zresetować grę (psiapsiuła z gachem) albo wpisać kod na cheata (Cypryński i Alceska).

Swoją droga ciekawe jak szeroko jest interpretowane przykazanie 6. Znaczy ja tam specjalistą od archaizmów nie jestem, wiec może językowo da się to jakos nawet uzasadnić, ale jednak jak czytam "nie cudzołóż"to rozumiem że prawdziwemu chrzescijanowi nie wolno bzykać cudzej zony/męża. Co nawet jest spójne jak weźmiemy to od strony tejże żony/męża, bo przecież musiał/a on/a kiedyś przysięgać wierność aż "śmierc..." itd. aby tąże zona/mężem zostać. Zatem nawet i bez 10 przykazań, byłby/byłaby po prostu małym kłamczuszkiem.Ale jak ktos jeszcze  meżem zoną nie jest i bzyka kogoś kto też męże/żoną nie jest - to gdzie problem? ech.. nie na moją to głowę.

Tak czy inaczej, zasady są, ale jak ktoś zna cheaty i umie zrobić respawn to nie jest tak ciężko nawet. Podejrzewam, że jak dobrze siezastanowić to są też cheaty na inne przykazania (jakkowiek szeroko i dowolnie interpretowane). Na przykład na 5. jest taki, że trzeba wpisać w linii poleceń hasło "ale on jest zboczeńcem i zwyrodnialcem" - wtedy możesz i nazwywa się to "słuszna kara".Ale to temat na inny post.

Ja w kazdym razie wiem, że jeżeli ktoś jeszczeraz mi powie, że się niemoralnie prowadzę, bo GlitterMaker.nl i że prawdziwa miłosc można realizowac tylko w małżenstwie, to go zabiję śmiechem.

sobota, 14 kwietnia 2007
wiosna
oficjalnie chcieli dobrze (przynajmniej w ich ograniczonym kato-prawicowym mniemaniu) a wyszło jak zawsze. nie mogę się przestać z tego śmiać. Jak celnie zauważył Uenifeu, czym byłby tydzień bez straszenia wcześniejszymi wyborami. O tyle w tym tygodniu ciekawsze, ze premier straszył własną partię. Część się ponoć kumał z PO żeby tylko poprawek nie przyjęto, druga, jak rzeczywiście upadły, postanowiła strzelić focha (najbardziej demonstracyjnego chyba Jurek). Przezabawne,że wydaje im się że to kogo obchodzi, że się "obrazili". No mniejsza o to...

Ja w międzyczasie podumałem trochę nad tymi poprawkami, co to nie weszły. Większość się koncentruje oczywiście na aborcji, zapominając, że nie tylko "od poczęcia" ale i "do naturalnej śmierci". Podumałem chwile nad tym drugim:

Jak zdefiniować naturalna śmierć? No jak rozumiem, to taka śmierć kiedy nikt nam w niej nie pomagał. Niby proste...
A jeżeli przeszkadzał? Co jeżeli bez niczyjej pomocy (przykładowo) wykrwawiłbym sie na śmierć, bo cokolwiek. Załóżmy na potrzeby eksperymentu myślowego, że dane mi było nie zginąć na miejscu w wypadku samochodowym, ale poturbowało mnie nieźle, leże w rowie i bebechy mam na wierzchu. Szczęśliwie służba zdrowia zdążyła zanim się wykrwawiła, poskładali mnie do kupy i leżę w szpitalu. Gdyby mi nie "przeszkodzili" umrzeć, to już dawno, całkiem naturalnie, wąchałbym kwiatki od spodu. Czy w takim razie moje życie nie jest już chronione prawnie (ani moja godność, zgodnie z jedną z wersji). Czy też moment naturalnej śmierci został mi łaskawie opóźniony i czekamy od nowa?
Głupoty i filozowanie.
Ale weźmy teraz inszy przypadek: ratowali mnie długo i namiętnie, bo gdyby nie, to dajmy na to krwiak mózgu, i w kilka dni i tak byłoby po mnie. Niech będzie że tydzień. No ale niestety, jak wiadomo, zdarza się, że "operacja się udała, pacjent umarł". Pech. I co? Umarłem na stole, bo chcieli mi dać więcej niż tydzień, ale zawinąłem się w parę godzin. Czyli PRZED naturalną śmiercią. Czyli lekarz chcąc-nie chcąc zniszczył coś co było prawnie chronione. Puszkujemy lekarza? A może, żeby uniknąć rozstrzygania takich wątpliwych kwestii po prostu niech każdy zdycha na co mu się akurat trafi a lekarzy wysyłamy do domu?

Mam znowu dysonans poznawczy.
wtorek, 09 stycznia 2007
obiecany P.S.
byłby się pojawił już w poprzednim poście, czyniąc go dwukrotnie dłuższym, ale że, jak to bywa, cos mi się nie tak przycisnęło na klawiaturze jak powinno, to poszedł w diabły. I dobrze, zobaczymy czy jestem w stanie odtworzyć mój własny ciąg rozumowania i styl.

P.S. ad „»mea culpa…«?”

A teraz będzie kolejna, nie pierwsza i nie ostatnia, przypowiastka o tym jak rozumiem demokrację („znoooowuuu...?”). I pojawiać się będzie zapewne w rożnych formach i przy różnych okazjach tak długo, aż mi się znudzi bądź nie będzie potrzebna.

Demokracja, jak być może większość z Was pamięta, to taki system w którym „rządzi lud”, czyli system, w którym wszyscy obywatele maja wpływ na kształt państwa w jakim im przyszło żyć. Wielkie i jeszcze większe głowy myślały już nad tym jak tę szlachetną ideę wprowadzić w życie i najlepszym, jak się obecnie wydaje, sposobem było rozstrzyganie spornych kwestii poprzez głosowania oraz, aby uniknąć rozgardiaszu, realizowanie woli ludu przez wybranych przez niego przedstawicieli. Całkiem proste, prawda. Jeszcze tylko trzeba „przegłosować sposób głosowania” i jesteśmy w domu.

Ponieważ jednak rzadko się zdarza aby w pierwszym głosowaniu wyłoniono rozwiązanie jak najbardziej odpowiadające jak największej części ogółu, która je przegłosowała, to mamy jeszcze jednego element. Element, bez którego cały system bierze w łeb: zrównoważoną dyskusję mającą na celu konsensus. O tym obecnie się w naszym kraju masowo nie pamięta. Istnieją wręcz przesłanki, aby sądzić, że nigdy, tak na prawdę, na szerszą skalę o tym nie wiedziano. I tak oto wybraliśmy sobie ostatnio przedstawicieli, którzy ignorancją zasady wypracowywania konsensusu się wręcz szczycą.

Ich zniekształcone pojmowanie demokracji, na zasadzie „kto wygrał, ten bierze wszystko” przekształca ją tak na prawdę w oligarchię, bo oto mała grupa ludzi uzurpuje sobie, bardzo z resztą skutecznie, prawo do decydowania o losach ogółu, za nic mając jego postulaty. Co więcej, bardzo ochoczo rozszerza „wszystko” w sensie kontroli systemu państwowego, na „wszystko” rozumiane literalnie, włączając w to decydowanie co jest prawdą a co fałszem bez należytej weryfikacji czy też arbitralne rozsądzanie co jest moralne a co nie.

Panowie władza, którym udało się quasi-demokratycznymi (sic!) metodami przekształcić rządy ludu w oligarchię, idą przy tym na skróty. Immanentną cechą demokratycznego procesu podejmowania decyzji jest bowiem pewien specyficzny relatywizm. Podejmując decyzje jako grupa musimy uwzględnić zdania jednostek na nią się składających. Każda jednostka ma swoje zdanie, a każde inne. Jeżeli na ostateczne rozwiązanie ma się zgodzić jak największa część grupy, to warunkiem sin equa non jest uwzględnienie, że każda z jednostkowych ocen jest subiektywna i założenie, że rozwiązanie przyjęte przez ogól traktujemy jako najobiektywniejsze z możliwych. Paradoks, z którym trzeba żyć i który w praktyce jest niełatwy do bezbolesnego rozwiązania. Tymczasem nasi wybrańcy idą na łatwiznę: z mandatu nadanego im przez ogół w celu realizacji woli tego ogółu wywodzą przyzwolenie na samowolne decydowanie o wszystkim, nawet o rzeczach na które ten mandat pierwotnie nie opiewał.

I tak oto dochodzimy do sytuacji gdzie „Państwo to ja”, pardon, „Państwo to my dwaj” a w raz z państwem rząd dusz. Zostawmy casus abp. Wielgusa. i jego domniemanej współpracy z SB na chwilę na boku. W końcu sam premier powiedział, że "Gdyby doszło do ingresu arcybiskupa Stanisława Wielgusa, to dramat [...] byłby jeszcze większy". Mamy wiele innych przykładów na to jak nasi milusińscy, wbrew swoim kompetencjom, bawią się w duchowych ojców narodu i jak przy tym są stronniczy. Bo oligarcha to tez stronniczość: my i wy. My rządzimy i mamy racje a wy się macie słuchać. Żeby nie przedłużać, szybkie porównanie: Zyta, co by o niej nie mówić, została ukarana zanim jeszcze rozpoczął się proces. Bo Zyta to „wy”. Potem jednak nie za bardzo dało się znaleźć nie gorszego kandydata na ministra, to się o Zycie łaskawie zapomniało. Kuronia obsmarować im jeszcze łatwiej, bo, skoro nie żyje, to się nie wybroni. A taka kaczka? U kaczki wszystko jest na pewno sfałszowane i tym bardziej nic badać nie trzeba. Klucz jest prosty: kto znami (choćby doraźnie), o tego się nei pyta, kto nie znami (ergo przeciw) na tego poszukamy haków.

I takich przykładów można by mnożyć wiele, oczywiście nie tylko z lustracja w tle. A wniosek jest jeden: maMY przesrane i będzieMY mieli dopóki czegoś nie zrobiMY.

"mea culpa..."?
No przepraszam sam siebie chyba, że tak późno o tym piszę.
Przecież wiadomo, że jako "komuch", "zboczuch", naczelny antrychryst oraz samozwańcza jedna z dwoch osób papieża kultu Matki Boskiej Kluboskiej w dwóch osobach (papież, nie MBK) oraz po prostu sZmata, powinienem był o tym napisać już dawno i ostro. A tu taki klops, że jednak późno.

Otóż chyba trzeba by być ślepym i głuchym, żeby jeszcze nie wiedzieć o najnowszym skandalu z ingresem i eSBe w tle.

I oczywiście, gdzie Polaków dwóch tam trzyzdania, a gdzie 40 milionów, tam już w ogle pierdolnik i każdy jakieś zdanie musi na temat współpracy (czy jej braku) abp. Wielgusa oraz jego omc bycia szychą warszawskiego kościoła mieć.
I ja też, niestety, mam i nie zawacham się go użyć.

Otóż ponoć z dokumentów odkopanych w IPNie jasno jednak wynika, że Wielgus lojalkę podpisał, za granicę dzięki temu wyjachał i raporty składał. Na razie przyjmijmy że "podobno", co jest ze wszechmiar słusznym założeniem, bo z teczkami to jak z pszczołami u Kubusia Puchatka: "nigdy nic nie wiadomo", począwszy od tego, że czasami nie wiadomo czy w ogóle były czy nie. I tak na przykład Kuroń i bez teczki kolaborował z aparatem a Kaczyński teczkę, owszem ma, ale sam ją wybebesza przed obiektywami aparatów co jest koronnym dowodem na to, że - surprise, surprise - cała została sfałszowana.
Przy czym każdy z Was, drodzy czytelnicy, zarówno z ewentualnych kwitów na Kuronia czy na Kaczyńskiego widział własnymi oczami tyle co nic, czyli co najwyżej niusa w jednej gazecie lub paszkwila w innej.
A więc, stosując odpowiednie kwantyfikatory oraz żelazne zasady logiki, generlanie o teczkach możemy, my sami, powiedizeć, że wiemy że nic nie wiemy.

A więc zostają nam tylko poszlaki, a te często bywają oceniane dość subiektywnie. Dla mnie taką poszlaką jest zachowanie się inkryminowanego. Otóż zauważam, że jego postawa jak i stan pamięci, ewoluowały wraz z postępem prasy w dociekaniu, tak roboczo nazwijmy to co w teczkach siedzi, prawdy. Im bliżej gończy byli upragnionych kserówek z IPNu, tym bardziej purpurat bladł i z butnego "nigdy, przenigdy" dryfował w stronę "no owszem, ale..". Podpisałem, ale nie wywiązałem się. Raportowałem, ale nie skrzywdziłem.
I troche ta ciuciubabka trwała, aż by popular demand, a być może by papal demand, zgrzeszyłem, ale żauję.

No pewnie zgrzeszył. I pewnie żałuje. Ale mam nieodparte wrażenie, że nie grzechu, tylko tego, że się wydało. Ocena, znowu, subiektywna. Tak sobie powtarzam. Bo przecież pierwszym krokiem do obiektywizmu, jest zdanie sobie sprawy z ograniczeń jakie na nas nakłada immanentny ludzki subiektywizm. Ale wrażenie pozostaje i nie daje spokoju: bo jak by nie interpretować jego uników, to jednak zawsze wracam do jednego: Arcybiskup to hierarcha kościoła instytucjonalnego. Skoro tak, i skoro kościół rości sobie prawo do bycia spatkobiercą i powiernikiem nauk Chrystusa, to jego wysoko postawiony przedstawiciel powinien te ideały przykładnie wprowadzać w życie.
Wielgusowi się w prawdzie raz noga omsknęła. Kiedyś tam, za starego reżimu, podpisał, donosił, współpracował. Kłamał. Błądzić, rzecz ludzka.Ale też należy uczyć się na własnych błedach. Raz się skłamało, bardzo nieładnie. Skłamać ponownie, to nieładnie jeszcze bardziej.

Tymczasem arcybiskup skłamał, i to w żywe oczy kamer. Po latach od niechlubnej współpracy, kiedy nie żyje już (ponoć, ale o tym w P.S.) w systemie totalitarnym. Kiedy ma wolność, i nie musi się układać z opresyjnym rządem. Kiedy to wreszcie, jest dojrzałym człowiekiem, chrześcijaninem, katolikiem, arcybiskupem w przededniu ingresu, po którym będzie Warszawiakom za pasterza. W takiej właśnie sytuacji, arcybiskup znowu kłamie i nie "prosi o wybaczenie, jako i my...", nie nadstawia drugiego policzka ani nie deklaruje "mea culpa!", tylko bezczelnie tchórzy i kłamie.

Errare humanum est, ale czy osoba, która notorycznei popełnia ten sam błąd może służyć za wzór? Chyba tylko na zasadzie "Patrz i NIE rób tak"
wtorek, 02 stycznia 2007
Kochanine,

Nie było życzeń na święta, bo chciałem wstawić bezpośrednio w posta filmik flashowy, ale mi nie wyszło (na początku owszem, ale się popsuło)
Potem oczywiście nie było czasu, bo piłem w Zielonce :>

Nie było życzeń sylwestrowo-noworocznych, bo najpierw walczyłem z bezsennością (jako i dziś), a potem to już trzeba było szykować brokat na wieczór.

Ale za to teraz będą wraz z krótkim podsumowaniem, jakie się w takich okazjach samo nasuwa.
Otóż może krotko zacznijmy od tego dlaczego się nasuwa. No bo przecież dlaczego należy podsumowywać zawsze okres od 1 stycznia do 31 grudnia? Ewentualnie, jak akurat w moim przypadku, można by na przykład zawsze od 1 lutego do 31 stycznia, albo, gdybym wybrał imieniny to przełom by wypadał gdzieś w pierwszej połowie lutego lub w środku lipca.  Tak czy inaczej jakiś punkt zwrotny pewnie by był i można pomstować na tradycję oraz Luigiego Lilio do spółki z Grzegorzem XIII, że jest to akurat noc z 31 grudnia na 1 stycznia roku następnego, ale fakt pozostaje faktem – ludzie potrzebują cykli żeby moc porządkować czas.

Na poziomie najniższym coś mi się ostatnio poprzestawiało, bo jak widzicie jest godzina piąta nad ranem a ja nie śpię. jutro wstaje (nie kładę się?) o szóstej. Po imprezie sylwestrowej poszedłem spać o 3 a wstałem o 13. Czyli nic się nie zgadza. Ale nie o tym miało być, tylko o roku.

Musze powiedzieć nieskromnie ze 2006 był bardzo udany. A to ponieważ:

Z mniejsza lub większa determinacja, konsekwentnie dokończyłem to co zacząłem i to z całkiem niezłym wynikiem – praca magisterska została obroniona. Czy to z poczucia obowiązku, czy to z rozpędu, ale już mogę gówno robić i nieźle żyć :) I nie wiem po co komu moja praca o jądrach podwójnie magicznych, bo mi do niczego już teraz, i mogę mieć tylko nadzieje, że wypocony program do analizy widm 2D się komuś kiedyś przyda, ale fajnie było, bo jakiż to szpan powiedzieć o sobie „z wykształcenia fizyk jądrowy” :D

Wymarzyłem/wymyśliłem sobie kilka rzeczy, początkowo brzmiących tak absurdalnie, ze wręcz niemożliwie, a jednak się udały :) Bo chociażby mój ukochany Pryzmat. Impulsem było proste stwierdzenie: natura nie lubi próżni, a skoro w mojej naturze leży szeroko pojęty aktywizm (to Czarownica to zdiagnozowała) a zabawy w samorządzie się nieodwracalnie skończyły, to musze się wziąć za cos nowego. I pac, jak domino się potoczyło: PWG, grupa akademicka, Kfyś, Lambda, wolontariat przy paradzie Równości... i przy Teddym w Warszawie, Pryzmat! I strasznie mi tu dobrze i chce zostać na dłużej..

Moi starzy dobrzy przyjaciele, co do niektórych musiałem mieć czasami anielską cierpliwość, ale ponoć cierpliwość to moje drugie imię, też cierpliwie znosili mnie. Więc nie jedno piwo z nimi wypiłem i nie jedno jeszcze pewnie wypije. :)
Rumuńskie Dziecko z Cygańską Duszą w prawdzie twierdzi, że zachowuje się jak gwiazda i tylko brakuje żebym mówił „ach wiesz, nie mogę, jestem taki popularny” a Art. narzeka, że albo idę na imprezę bez niego, albo nie mam sil bo właśnie z jakiejś wróciłem ale summa summarum i tak się widzimy znowu.

Moi nowi dobrzy przyjaciele, krewni i znajomi królika, których poznałem w tym roku mnóstwo okazali się być... no właśnie nowi i dobrzy :) A wszystko to, jak umyśliłem, dzięki efektowi sieciowemu: Poznajesz znajomych najczęściej poprzez już posiadanych znajomych. Im dłużej i intensywniej z kimś utrzymujesz kontakt, tym więcej jego znajomych poznasz. Największe jest prawdopodobieństwo, że poznasz tych znajomych swoich znajomych (nie zgubiłem Was?) z którymi ci ostatni utrzymują najczęściej kontakt. A skoro najintensywniej kontaktujesz się, jak i inni, z ludźmi, których lubisz, to w efekcie ekspotencjalnie przyrasta krąg ludzi których lubisz. Albo po prostu masz szczęście i od razu trafisz na kogoś bardzo usieciowionego. W każdym razie w którymś momencie następuje kilka przejść fazowych, jak chociażby skokowy wzrost współczynnika gronowania a w przypadkach ekstremalnych perkolacja.

Zusammen do kupy było fajnie i oby co najmniej tak samo fajnie było w 2007 u mnie i u Was. Także nie szczęścia Wam życzę ale konsekwencji, determinacji i odwagi w realizowaniu najbardziej śmiałych marzeń i planów oraz grona wspaniałych przyjaciół z którymi będziecie mogli marzyć i planować. A ja tymczasem, rozzuchwalony powodzeniami w zeszłym, snuje jeszcze śmielsze plany na obecny rok.
wtorek, 28 listopada 2006
histeria?

Wczoraj przed snem czytałem w "Przeglądzie" artykuł o tragedii w Halembie. Nie zazdroszcze. Nie zazdroszczę górnikom których wybuch metanu rozerwał na kawałki, oparzył skórę jak i drogi oddechowe. Nie zazdroszczę ich rodzinom, które rano wysłały pełnego zycia ojca, syna, brata jak co dzień do pracy (z kanapkami na drugie śniadanie, czy tylko z dobrym słowem?) a wieczorem zamiast cieszyć się jego powrotem do domowego ogniska, przeżyły koszmar. Nie zazdroszczę tez ludziom odpowiedzialnym za ta tragedię - o ile nie są socjopatami i mają choćby krztynę wyobraźn, bedą ich dręczyć wyrzuty do końca życia. Wszystkim tym ludziom kolokwialnie "nie zazdroszczę", a próba wczucia siew ich sytuacje przyprawia mnie już o prawdziwe dreszcze strachu przed znalezieniem siew podobnej sytuacji. I z tego współodczuwania, rodzi się współczucie...

Tymczasem dookoła siebie, przyćmione - bo mało oglądam telewizji, obserwuję zjawiska zgoła przeciwne lub co najwyżej ledwie muskające sedno sprawy gesty.

No bo ogłosili żałobę narodową.
Czy jest czego żałować? Ano jest i to sporo. Ale czy żałować narodowo załatwia sprawę? Tu już pewien nie jestem.

Odsuwając na bok tak oczywiste argumenty jak "rocznie w sumie ginie więcej górników i nikt w sylwestra nie urzadza żałoby", zastanowiłem się jak ta żałoba funkcjonuje tak na prawdę - nie w deklaracjach grupowych, ale w codziennym zyciu pojedynczych osób.


Przykład: kumpel A miał urodziny 14.11 ale imprezę od razu przeniósł na 25.11 (sobota). Zaprosił osób N około 14. Pech chciał, że żałoba wybuchła na dwa dni przed planowaną bibką. Kazdy mniej lub bardziej świadomie pewnie pomyślał: to idziemy się bawić czy nie.
Kto pomyślał, to pomyślał, ale wiadomo było że kumpel A jak i większość towarzystwa, z powodów w które tu nie chcę wnikać, stwierdziło że jednak postąpią z pierwotnym planem i w sobotę się trochę piwa napiją. W towarzystwie, które zna się blisko dekadę przewidzenie decyzji A w tej sprawie było trywialne i nie wymagało dodatkowych pytań.
Nie mniej jednak kolezanka B oraz kolega C, niezależnie od siebie się zapytali: odwołujemy czy nie? Po czym uzyskawszy zapewnienie, że nie odwołujemy, do pubu przyszli.

Tyle fakty, teraz trochę gdybania.
Podstawowe pytanie, zakładając, a można to założyć właściwie w ciemno, że koleżeństwo B i C zna (9 lat z hakiem) kolegę A na tyle, żeby wiedzieć, że imprezy by nie odwołał, po co pytali czy odwołuje?
spekulacja: bo się przejęli zarządzoną żałobą narodową.
Ok?
Nie - mi wyskakuje dzielenie przez zero:
Skoro się przejęli żałobą i czuli, że nie powinni świetować i weselić się, gdy inni opłakują górników, to nie musieli pytać o odwołanie imprezy - mogli po prostu nie przyjsć, tak?
Nie - mogli obawiać się że kolega A będzie im miał za złe, że nie przyszli
Tak?
Nie - skoro znali sie na tyle, że wiedzieli że A nie odwoła, to znali się też wystarczająco, żeby wiedzieć, że nie będzie miał za złe jezeli inni zdecydują inaczej.
A więc po co?

Z przykrością stwierdzam, że niewidzę innej alternatywy niż, znowu, instynk stadny. podążamy za perednicą - w tym przypadku albo Słońcem Narodu, które zarządziło żałobę lub za kolegą A który się temu zarządzeniu przeciwstawił. Czyli mamy, mój ulubiony, dysonans poznawczy - albo się poddamy autorytetowi władzy i pożałujemy, albo (wyimaginowanej?) presji otoczenia i popijemy.

Tak czy inaczej zbywamy się odpowiedzialności za siebie samych. Niech inni decydują za nas czy mamy żałować czy nie. I tak po trochu widzę tu syndrom dziewicy (intelektualnej?): i chciała by (pobawić się na imprezie) i boi się (bo przecież cały naród żałuje, a my?).
Więc nie bedąc w stanie podjąć decyzji sami, przerzucamy odpowiedzialność na innych. W szczególności chcielibyśmy się pobawić, bo tak na prawdę ktokolwiek 300 km na południe i 1,5 wgłąb ziemi od nas jest zbyt wirualny, żeby na prawdę współ-czuć, ale w obliczu odgórnego prikazu szukamy kogoś kto za nas powie "nie wygłupiaj się, to moje urodziny, więc musisz być".

Czy to jest wymagana do żałoby empatia?

sobota, 12 sierpnia 2006
veto communae?
No, Kochanine, spóźniliśmy się z deczka. A okazja przeszłą nam koło nosa niebanalna, otóż:

22 sierpnia, w samo południe, w Sejmie odbędzie się tak zwane publiczne wysłuchanie projektu ustawy o Narodowym Instytucie Wychowania.
[...]osoby, które odpowiednio wcześnie zgłoszą się do Marszałka Sejmu i uzyskają jego zgodę, będą mogły wziąć udział w posiedzeniu, wysłuchać projektu ustawy i, co więcej, zabrać głos w sprawie tego projektu. Czas wystąpień osób z „publiczności” jest ograniczony – można mówić przez minutę

Nie jestem pewien czy tak bezpośredni sposób realizaji demokracji ma w dzisiejszych czasach sens. Poza tym, łatwo teraz sobie ustanawiać publiczne słuchania projektó ustaw - posłowie i tak zagłosują jak partia każ, jak na mónicy większosć siwypowie przeciw, to będzie można powiedizeć, żę SLD i mafia narkotykowa nasłały piątą kolumnę z gejów i pedofili w przebraniach, żeby siać  ferment, nie?

No ale tak czy inaczej okazja przeszła koło nosa, bo wnioski do marszałka sejmu należało składać do wczoraj :/
A taki fajny flesz mob można by zrobić (credits: 7z9): na przykład skrzyknąć większą grupę osób i niech każdy zaczyna od słów "Sądzę że w ustawie należy uwzględnić..." lub podobnych (żeby nie było że nie mówi na temat) a potem, dajmy na to, czytać kolejny ustęp z Pana Tadeusza :D
Albo nawet mniejsza o treść. Skoro każdy ma minutę, to jezeli udałoby się zabrać grupę rzędu 300 osób, czyli z dolnych granic liczebności grup jakie pojawiały się na demonstracjach przeciw Giertychowi, to samo wygłąszanie przemówień (czyli bez marginesu błędu, czasu na zmianę mówcy, czasu na przerwy, czasu na odczytanie projektu) trwałoby bite 6 godzin :) Licząc 3000 osób jak na największej z demonstracji i 7 godzin na sen wychodzi już ponad 3 doby samgo mówienia :DD wspaniałe!

środa, 12 lipca 2006
drążymy dalej
swego czasu Oliveira napisał posta na swoim blogu "Któż by pomyślał? "Wprost" nie jest już najbardziej dennym pismem w kraju! Konkurencja puka od spodu!"
I w sumie można by na tym tego posta skończyć, gdyby nie to że ostatnio ktoś mi napisał, ktoś dał cynk, ja się skusiłem i oto tydzień temu kupiłem świerzutki numer Ozonu.

A więc otwieram ja sobie O3, z mety co najmniej sceptyczny, i czytam:

"Ustalmy coś na początek: homoseksualizmu leczyc nie można, bo to nei choroba [...] to nie grzech, nie wina, nie przekleństwo. Tak mogą myśleć tylko idioci lub faszyści..."

I przecieram oczy ze zdumienia. Że jak? A gdzie rzeczony "cynk"? Że Ozon się nawrócił i oto prezentuje się jako otwarte światpoglądowo pism, ba, wręcz przychylne LGBT? No więc czytam dalej zachęcony... i czar momentalnie prysł

"Nie znoszę tego określenia - w odpowiedzi złości się Darek. - Gej znaczy szczęśliwy*, a jest dokładnie na odwrót"

Cóż - myślę sobie - biedny Darek - i czytam dalej

"[...]przyczyn szuka się długo, [...] a jak już się znajdzie, okazuje się że są podręcznikowe..."

I już mi ciśnienie skoczyło minimum o 10 mmHg ale brnę dalej. I dowiaduję sie jakobym miał (oczywiścei wszystko według tego samego podręcznika), nadopiekuńcza albo zaborczą matkę, zbyt wymagajacego lub nieobecnego ojca oraz jakobym był przsewrażliwiony na własnym punkcie. Do tego dorzućmy jeszcze dla smaku "Ja na przykład bardzo wcześnie zetknąłem się z pornografią, a to tzw. czynnik ryzyka." i mamy już stary "dobry" Ozon w pełnej krasie, pukajacy od spodu a nawet drążący nowe pokłady propagandy. Bo oczywiścei wiadomo jest, że jeżeli spotkamy jednak szczęśliwego geja albo nieszczęśliwego heteryka, to są to co najwyzej wyjątki potwierdzające regułę, a pozostałe 30% i tak się "wyleczy"

Oszczędzę wam kolejnych cytatów, bo musiałbym szukać a przy takich skokach ciśnienia to dziś nie zasnę. Wszystko, a jest tego bagatela 8 stron, sprowadza się do jednego: geje to nieszczęsliwe jednostki o złamanym życiu i psychice i należy im pomóc, najlepiej wysyłając na terapię, po której założą szczęśliwe heteroseksualne rodziny. Ewentualne odmienne od opisanego poglądy, czyli krótki cytat na samym początku serii artykułów i mała skromna ramka na sam koniec, jak mniemam służą za okrasę typu "patrzcie jacy jesteśmy otwarci - prezentujemy tez inny punkt widzenia". Niknie ona jednak pod natłokiem wcale nie delikatnej sugestii, że właściwy pogląd jest tylko jeden i, sauve qui peut, jeżeli rozpoznało się w sobie lub otoczeniu opisane objawy, to należy bezzwłocznie udać się na terapię (przydatne adresy znajdziecie w ramkach).

Aha, i zapomniałbym, nie przeoczyliścnie nic w powyższej notce - leczyć należy wyłacznie gejów, bo jak mówi nam dobitnie tłusty bezszeryfowy tytuł na samym początku

Homoseksualizm czyli męskie sprawy

bo przecież, jak wszyscy wiemy, lesbijek nie ma, są tylko dobre koleżanki. A jak są więcej niż dobre, to pewnie tylko dlatego, że jeszcze nie znalazły odpowiedniego "Darka".

P.S. Troche mało w tym poście komentarzza mojego, ale szczerze mówiąc dośc już mam Ciągłego zaciskania zębów i tłumaczenia dlaczego białe jest białe a nie czarne.

* gay: wesoły, żywy, beztroski, kolorowy, barwny - jak czytamy w słowniku. ni slowa o szczęściu.  Też swojadrogą stereotypowe. A do tego jeszcze, w innym słowniku "gay: rozwiązły tryb zycia". super.
środa, 28 czerwca 2006
ostatnia rezolucja PE
Cholera, ni skomentowałem jej :/ jak nie ja :// al że ktoś to zrobił elegancko za mnie, to tylko sobie pozwolę przekleić (w całości za portalem racjonalista.pl):

W Polsce nasila się nietolerancja wywołana homofobią, antysemityzmem i ksenofobią - mówi przyjęta 15. czerwca rezolucja Parlamentu Europejskiego. W głosowaniu przeciw rezolucji było 161 europosłów, 102. wstrzymało się od głosu a za głosowało 301 eurodeputowanych, w tym 9. Polaków:

Genowefa Grabowska,
Lidia Geringer de Oedenberg,
Wiesław Kuc,
Bogusław Liberadzki,
Józef Pinior,
Janusz Onyszkiewicz,
Dariusz Rosati,
Marek Siwiec,
Andrzej Szejna.

Portal Pozytywnie Homoseksualny HOMIKI.pl, Porozumienie Lesbijek (LBT), Stowarzyszenie Lambda Warszawa, Polskie Stowarzyszenie Racjonalistów, Fundacja LORGA wystosowali list otwarty popierający polskich eurodeputowanych, którzy dzięki swoim poglądom trafili na cenzurowane.

***

Rzeczpospolita Polska, 26 czerwca 2006 roku

Prezydent Rzeczpospolitej Polskiej
Rząd Rzeczpospolitej Polskiej
Parlament Rzeczpospolitej Polskiej
Rzecznik Praw Obywatelskich
Parlament Europejski

Szanowni Państwo,

Pragniemy wyrazić swoje podziękowania polskim eurodeputowanym, którzy 15. czerwca 2006 roku głosowali za przyjęciem rezolucji Parlamentu Europejskiego piętnującej występującą w Polsce nietolerancję, która znajduje swój wyraz w rasizmie, ksenofobii, antysemityzmie i homofobii.

Przykładów jest wiele: próby pobicia, wypowiedzi posłów nawołujące do przemocy i ograniczenia praw Polaków o innym kolorze skóry, wystąpienia polityków poniżające godność osób ze środowisk mniejszościowych i próbujące utożsamić je z grupami przestępczymi, znieważenie rabina na ulicach stolicy, ujawnianie danych osobowych na faszystowskich stronach internetowych, publiczne nakłanianie do agresji wobec mniejszości, dyskryminacja na tle religijnym i dyskryminacja osób niewierzących, zamykanie wystaw rzekomo obrażających „moralność publiczną”, próby niedopuszczenia do organizowania pokojowych demonstracji, powołanie na stanowiska rządowe i do władz mediów publicznych polityków skrajnie prawicowych, którzy w przeszłości odwoływali się do ideologii faszystowskiej i haseł antysemickich.

Sprzeciwiamy się nagonce rozpętanej przez mass-media oraz polityków prawicy przeciwko dziewięciu polskim eurodeputowanym. Nie zgadzamy się na nazywanie ich obraźliwym mianem „zdrajców”. Uważamy, że działali oni w dobrej wierze kierując się własnym sumieniem, uczciwością oraz odwagą, a w czasie głosowania nad dokumentem kierowali się nie interesem własnej partii, ale troską o dobro obywateli Unii Europejskiej.

Protestujemy przeciwko żądaniom prawicy, aby na forum Parlamentu Europejskiego Polacy wypowiadali się jednym głosem – jest to próba zawłaszczenia przestrzeni publicznej przez jedną tylko opcję ideologiczną, co de facto jest dążeniem do ograniczenia wolności wyznawania poglądów, leżącej u podstaw każdego demokratycznego systemu.

Atmosfera nagonki, obrażania i szkalowania deputowanych, jaka zapanowała w naszym kraju po 15. czerwca, jest kolejnym dowodem na to, że rezolucja Parlamentu Europejskiego jest konieczna.

Yga Kostrzewa, Stowarzyszenie Lambda Warszawa
Anna Zawadzka, Porozumienie Lesbijek (LBT)
Michał Minałto, Homiki.pl
Jerzy Piątek, Homiki.pl
Mariusz Agnosiewicz, Polskie Stowarzyszenie Racjonalistów
Marzena Chińcz, Fundacja LORGA

Jeśli chcesz poprzeć akcję „Dziewięciu sprawiedliwych” zapraszamy do podpisywania się pod listem. Pełny list poparcia: popieram.pl


wtorek, 20 czerwca 2006
synergia
Kolejne słowo-wytrych (zaraz obok NLP i paru innych sztucznych kwiatków), które pojawia się na co drugim szkoleniu i treningu, które ma oznaczać powstawanie nowej jakości przewyższającej sumę czynników ją budujących, a które jest znienawidzone przez wszystkich tych, co nie lubią marketodroidów. Kolejne słowo worek, wytrych. Trick na zaklinanie rzeczywistości. "weźmy to i owo i trzask mamy synergię i wszystko gra". Synergia odpowiedzią na wszystkie problemy w grupie.

ale podumałem chwilę nad tym terminem:

Synergia kooperacja (współpraca) różnych czynników, której efekt jest większy niż suma ich oddzielnego działania. Synergiczność działań - wspólne działanie dające większe, lepsze efekty; działania uzupełniają się poprzez synchronizacje.
wikipedia

Z ta synchronizacją to coś ktoś przekombinował, ale i tak hasło mnie natchnęło:
Każdy kto czytał "Krótką Historię Czasu" (lub pokrewne) wie jak niesłychanym przypadkiem jest taka a nie inna konfiguracja wartości podstawowych stałych fizycznych (stała grawitacji, predkość światła, ładunek elementarny - żeby wymienić tylko kilka).

Dla mniej obeznanych prosty przykład: przy obecnych prawach fizyki, wiemy że najprawdopodobniej stała grawitacji ma taka wartośc, że nasz wszechświat jest "płaski". Płaski, bo ani nie będzie (nadal: najprawdopodobniej) się rozszerzał w nieskończoność, schładzajac się przez miliardy lat do temperatury bliskiej zera bezwzglednego, ani też nie skończy się rozszerzać i nie zacznie zapadać, pogrążajac nas wszystkich (o ile jeszcze wedy będziemy istnieć) w piekle Wielkiego Kolapsu.
Życie na ziemi potrzebowało dobrych kilku milionów lat, żeby zaistnieć i rozwinąć się do obecnej postaci. Gdyby stała grawitacji była delikatnie tylko większa, to wszystko wzięło by w łeb, bo Zanim pierwsze ślimaki wypełzłyby na ląd to już dawno zamieniłyby się w kosmiczne flambe. Gdyby natomiast była nieco mniejsza, to pewnie nie byłoby wody z której możnaby wychodzić, tylko jedna wielka globalna kostka lodu.

Tak jest też z innymi stałymi: zmniejszymy ładunek elektrony - nie będzie atomów, i z czego tu białka robić? Zmienimy oddziaływania słabe i silne - wieczna bomba atmowa, bo nukleony nie skrzepną w krople materii jądrowej. Zmienimy predkość światła - cholera wie co jeszcze się stanie.
Każda z tych stałych sama w sobie jest dla nas zupełnie neutralna - bo każdemu normalnemu człowiekowi koło tyłka lata do którego miejsca po przecinku znamy dokładnie przenikalność elektryczną próżni. Ale jak weźmiemy cały Model Standardowy i peryferia do kupy, to okazuje się że znajdujemy się w lokalnym (globalnym? możliwe jest życie w innej formie?) minimum (maksimum) wielowymiarowej funkcji o dwóch stanach dyskretnych: jest życie / nie ma życia (a może zycia może być tylko trochę?).
To dopiero jest synergia.

Powyższe pytania w nawiasach właściwie powinny być na honorowym miejscu, wytłuszczone i zapisane złoconą czcionką z zawijasami - to pytania wręcz religijne. Bo każda religia stawia li tylko trawestacje trzech generycznych pytań: "Skąd pochodzimy?", "Dokąd zmierzamy?" oraz "Jaką drogę obrać?"
 
1 , 2 , 3